Regulator telekomunikacyjny odcina Bieszczady od łączności — twierdzi TP. Sąd przyznał jednak rację urzędowi.
Do końca przyszłego roku Telekomunikacja Polska (TP) ma zezwolenie na działanie trzech tzw. radiowych stacji bazowych, obsługujących radiolinie telefoniczne w Bieszczadach, w okolicach Kamieńczyka i Domaszkowa. Radio to jedyny sposób zapewnienia łączności telefonicznej 857 abonentom z tych terenów. Tymczasem pozwolenie na wykorzystywanie częstotliwości dla stacji wygasło rok temu. TP wniosła o ponowne pozwolenie na częstotliwość, a Urząd Regulacji Telekomunikacji i Poczty (URTiP) odmówił.
— Przez ten czas weszła w życie tzw. krajowa tablica przeznaczeń częstotliwości. Zgodnie z nią, sporne zakresy 14,5-15,35 GHz zostały przeznaczone dla wojska — mówi Michał Sut z URTiP.
Urząd podkreśla, że żaden przepis nie nakazuje przyznać ponownie częstotliwości raz wykorzystywane, a poza tym TP spóźniła się ze złożeniem wniosku o nowe pozwolenie.
— Zresztą i tak mogłaby nadawać w tym zakresie tylko do końca ubiegłego roku. Od tego roku ma on inne przeznaczenie — informuje Michał Sut.
— TP ma świadczyć usługi powszechne, a URTiP jej to utrudnia. Mamy pozwolenie na stacje, nie mamy na częstotliwość. To tak, jakbyśmy mieli skrzypce, nie mając smyczka — przekonywał Jerzy Kaczorek, adwokat TP, Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie, dokąd wczoraj trafiła sprawa.
Sąd był jednak nieugięty. Argumenty o względach społecznych i skazywaniu blisko 900 abonentów TP na odcięcie od świata nie zrobiły na nim wrażenia.
— Sąd ocenia legalność decyzji. Tu prawa nie naruszono. TP złożyła wniosek za późno, a jako powołana do świadczenia usług powszechnych powinna przestrzegać terminów — podsumowała sędzia Pamela Kuraś-Dębecka.
Wyrok jest nieprawomocny.