Polska GPW
W Warszawie, po porannym niezdecydowaniu i lekko dodatnim otwarciu, sytuacja
w ciągu dnia wyraźnie się poprawiła. Prawdopodobnie to efekt lekkiej szarży
zagranicznego kapitału, która przetaczała się dziś przez wszystkie giełdy
naszego regionu. Wartość obrotów nie była porywająca, ale wyraźnie wyższa, niż
wczoraj. Zyskiwały głównie spółki największe i najbardziej płynne: banki i KGHM,
którego akcje zwyżkowały o ponad 3 proc. mimo, że kontrakty terminowe na miedź w
Londynie nadal sporo traciły. Spadające nieznacznie notowania ropy naftowej
szkodziły naszym koncernom paliwowym. Akcje PKN traciły około 2 proc., papiery
Lotosu poprzestały na spadku o 0,5 proc. Indeks
największych firm zyskał na
koniec dnia nieco ponad 2 proc., podobnie jak WIG, który zwyżkował o 2,2 proc.
Wartość obrotów wyniosła 1,26 mld zł i była zdecydowanie wyższa niż we wtorek,
co wzmacnia optymistyczny obraz naszego rynku.
Giełdy zagraniczne
Indeksy w USA wczoraj broniły się przed spadkowym scenariuszem. Zwyżka była nawet dość pokaźna, Dow Jones zyskał 1,6 proc., a S&P ponad 2 proc. To jednak za mało, by jednoznacznie stwierdzić, że korekta została zakończona. Dopiero udany test poniedziałkowego szczytu mógłby taki scenariusz uprawdopodobnić. Trwa jednak sezon publikacji wyników finansowych firm i wszystko się może zdarzyć. Dzisiejsze notowania kontraktów terminowych na amerykańskie indeksy nie wróżyły nic dobrego.
W Azji nastoje nie były najlepsze. Indeksy w Hong Kongu, Singapurze i Szanghaju traciły grubo ponad 2,5 proc. Jedynie Nikkei zakończył dzień na małym plusie. Początek dnia na głównych parkietach europejskich przyniósł niewielkie zmiany w porównaniu do wtorkowego zamknięcia. W kolejnych godzinach działo się niewiele, ale sytuacja nieco się zróżnicowała. Wczesnym popołudniem francuski CAC40 tracił 0,9 proc., brytyjski FTSE zyskiwał nieco ponad 1 proc., a DAX wciąż trzymał się w okolicach zera. Znacznie bardziej dynamicznie zachowywały się wskaźniki giełd naszego regionu. W Bukareszcie i Budapeszcie zyskiwały ponad 2,6 proc., w Pradze i Moskwie około 2 proc., a w Sofii aż ponad 5 proc. To raczej nie przypadek, tym bardziej, że w tej stawce z nieco mniejszymi wzrostami znalazły się i Tallin i Ryga. Jak widać kapitał wciąż krąży w poszukiwaniu okazji do zarobku.
Waluty
Jeszcze około południa dolar próbował walczyć o swoje. Przez moment euro
staniało do 1,289 dolara. Chyba trochę przesadził, bo wkrótce zaczął się
kontratak i powrót do ponad 1,29 dolara za euro. Jeśli tylko na giełdach się nie
pogorszy, znów zobaczymy „zielonego" po 1,3 dolara. Na tej światowej
przepychance kolejny dzień z rządu cierpi
nasza waluta. Środa zaczęła się
nawet nienajgorzej, niemal na tym samym poziomie, co wczoraj. Jednak w ciągu
dnia sytuacja się nieznacznie pogarszała. Około godziny 15.00 dolar kosztował
już 3,41 zł, czyli o 5 groszy więcej niż wczoraj. O 6 groszy, do 4,42 zł
zdrożało euro, a za franka trzeba było płacić chwilami nawet 2,93 zł, czyli o
prawie 3
grosze więcej niż we wtorek. Przed godziną 16.00 miał miejsce atak
wspólnej waluty na poziom 1,3 dolara za euro. Efekt tej walki rozstrzygnie się
być może jutro. Na notowania naszej waluty nie miało to większego wpływu.
Podsumowanie
Po trzech sesjach spadkowych, mamy dwa dni wzrostów. Korekta trwa nadal a jej
dalszy przebieg niełatwo przewidzieć. Stawiam na kolejny ruch w dół trwający do
końca tego tygodnia i próbę powrotu w okolice niedawnego szczytu. Nasz rynek
wydaje się wciąż dość silny i zdaje się mieć potencjał do dalszego wzrostu.
Jednak budowanie wszelkich scenariuszy jest obecnie obarczone bardzo dużym
ryzykiem błędu. W takich sytuacjach podstawowa zasada brzmi: duże ryzyko, małe
stawki. Kapitał jest zbyt cenny, by go narażać na uszczerbek.
Roman
Przasnyski, Główny Analityk Gold Finance