Włochy — chory człowiek Europy

Łukasz Wróbel główny analityk Noble Securities
opublikowano: 2012-01-09 00:00

CO MYŚLI RYNEK

W centrum uwagi inwestorów i agencji ratingowych przymierzających się właśnie do degradacji Francji czy Austrii nie bez powodu znajdą się również Włochy, na które przypada blisko jedna trzecia wartości obligacji państw strefy euro zapadających w I kw. 2012 r.

Największym problemem włoskiej gospodarki nie jest olbrzymie obciążenie długiem publicznym sięgające około 2 bln EUR, czyli 121 proc. PKB, ale tracona systematycznie od wielu lat konkurencyjność. Jedyny realny sposób na uniknięcie bankructwa to pobudzenie koniunktury gospodarczej do poziomów nieobserwowanych we Włoszech od kilkunastu lat, co w krótkim terminie będzie dla rządu Mario Montiego nie lada wyzwaniem.

Jeśli gospodarka Włoch wpadnie w recesję w 2012 r., nie będzie to szczególnym zaskoczeniem, bo od czasu przystąpienia do strefy euro zdarzało się jej to pięciokrotnie. Na przestrzeni ostatnich piętnastu kwartałów PKB spadał osiem razy i obecnie kształtuje się w okolicy poziomów z przełomu 2003-04 r. Im bliżej przyjrzymy się włoskiej gospodarce, tym bardziej pasuje do niej pojęcie „stracona dekada”. Warto w tym miejscu zaznaczyć, że kurczenie się PKB Włoch to nie „techniczny” spadek nominalnego PKB wynikający np. z deflacji, jak ma to miejsce np. w Japonii, ale spadek realnego PKB, któremu towarzyszy wyższa niż w innych państwach strefy euro inflacja i ujemne saldo rachunku bieżącego.

W ciągu dekady zakończonej w 2010 r. przeciętne tempo wzrostu PKB Włoch wyniosło 0,28 proc. rocznie. Przy założeniu, że w 2011 r. wzrost gospodarczy wyniósł około 0,5 proc., licząc rok do roku, dziesięcioletnia średnia krocząca spadnie do 0,15 proc., a jeśli w tym roku PKB spadnie o 1 proc., średnia ta znajdzie się poniżej zera. Wówczas będzie można powiedzieć, że przeciętnie przez ostatnią dekadę włoska gospodarka kurczyła się co roku.

Jeśli wziąć pod uwagę strukturę demograficzną i rozmiar włoskiej gospodarki, można by stwierdzić, że jest ona odbiciem Niemiec w krzywym zwierciadle — posiada podobne czynniki hamujące rozwój, lecz jest jednocześnie pozbawiona zalet, które pchają naszych zachodnich sąsiadów do przodu. Starzejące się społeczeństwo (średnia wieku 47 lat) przyczyniało się do wzrostu kosztów pracy i spadku konkurencyjności gospodarki, a ujemne saldo rachunku bieżącego, w przeciwieństwie do nadwyżki handlowej Niemiec czy Japonii, od 2000 roku pomniejszało włoski PKB. Na poniższym wykresie widać, w jaki sposób Włochy wykorzystały wejście do strefy euro na wyrównywanie różnic w zarobkach w stosunku do europejskich liderów — wynagrodzenia pracowników zatrudnianych przez włoskie przedsiębiorstwa wzrosły o ponad jedną trzecią od 2000 r., podczas gdy pensja statystycznego Niemca wzrosła zaledwie o 5 proc.

Trudno się dziwić, że Włochy znalazły się w gronie 15 państw, którym agencja S&P zagroziła przed końcem 2011 r. obniżką ratingu, a we wrześniu obcięła ocenę do pojedynczego A. W październiku 2011 r. rating Włoch obniżyły pozostałe dwie agencje ratingowe, utrzymując jednocześnie negatywną perspektywę. Nie jestem w stanie wyobrazić sobie splotu pozytywnych zdarzeń, które powstrzymałyby tę tendencję. Aby utrzymać obecną relację długu publicznego do PKB (przy pobłażliwym założeniu, że odsetki wyniosłyby zaledwie 1 proc. rocznie), gospodarka musiałaby rosnąć w tempie 1,2 proc. rocznie. To nie ma szans się wydarzyć w przewidywalnym horyzoncie czasowym.