Woskowe łzy Madonny

Elżbieta Sawicka
opublikowano: 2008-03-21 00:00

Semana Santa — Wielki Tydzień — jest jednym z najbardziej niezwykłych widowisk w Europie. Fascynujące misterium religijne i wielki teatr.

 

Antonio Banderas zawsze wraca na Semana Santa do domu, bo to „święto, podczas którego sprzeciwiamy się globalizacji i pokazujemy, jacy naprawdę jesteśmy”.

Semana Santa — Wielki Tydzień — jest jednym z najbardziej niezwykłych widowisk w Europie. Fascynujące misterium religijne i wielki teatr.

Za najbardziej widowiskowe w całej Hiszpanii uważane są obchody Semana Santa w Sewilli. Każdego roku przed Wielkanocą hotele andaluzyjskiej stolicy pękają w szwach. Do miasta zjeżdżają tysiące turystów z kraju i z zagranicy, pojawiają się fotoreporterzy i ekipy telewizyjne. Drugą zaraz po Sewilli wymienia się Malagę — stolicę wybrzeża Costa del Sol.

 

Po kwietnym dywanie

Właśnie w Maladze widziałam Wielki Tydzień. Tu także hotele były oblężone, a ten, który najbardziej mi się marzył — elegancki Larios — okazał się nieosiągalny. Z jego okien widać calle Marqueés de Larios, główną ulicę handlową w historycznym centrum miasta. Przemierzają ją wszystkie procesje. Muszą dotrzeć do katedry, a innej drogi nie ma.

Procesje pokutników ciągną ulicami miasta dzień i noc od Niedzieli Palmowej do Wielkiego Piątku. Przygotowują je bractwa parafialne. W Maladze jest ich 47, niektóre istnieją od XVI wieku. Konfratrzy dźwigają pasos, ważące dobrych kilka ton platformy z figurami. Szczególnie ciężkie są te, które przedstawiają sceny grupowe: Ostatnią Wieczerzę czy Biczowanie Chrystusa.

Drewniane figury są naturalistyczne w każdym calu: z prawdziwymi włosami, z porcelanowymi oczami i zębami z kości słoniowej. Bardzo ekspresyjne: zakrwawiona twarz Chrystusa wyraża bezmiar cierpienia. Virgen, czyli Maryja Dziewica, ma woskowe łzy na policzkach.

Każda parafia stara się, aby jej Virgen prezentowała się jak najokazalej. Płaszcz Virgen de la Esperanza, zdobiony misternym złotym haftem i szlachetnymi kamieniami, ma ponad 7 metrów długości i 4,5 m szerokości. Dochodzi do tego dywan z kwiatów i setki świec. Nie ma sensu zastanawiać się, ile ten przepych kosztuje. Mnóstwo. Ale parafianie tego właśnie chcą i za wszystko płacą z własnej kieszeni.

 

Zjawy w kapturach

Każda procesja wyrusza ze swojej parafii, idzie kilka kilometrów wytyczoną trasą, przechodzi przez katedrę i wraca do siebie. Nawet nie wiem, pod jakim wezwaniem jest katedra w Maladze, przewodniki także o tym nie wspominają. Wszyscy mówią o niej La Manquita — Jednoręka, ponieważ ma tylko jedną wieżę. Budowy drugiej z braku pieniędzy nigdy nie ukończono.

Pochód pokutników trwa godzinami — kościoły parafialne bywają dość oddalone od katedry, a poza tym costaleros dźwigający platformy co chwila się zatrzymują dla złapania oddechu. Niektórzy szybko w tym czasie wypalają papierosa, inni sięgają po butelkę wody albo puszkę coca-coli.

W Maladze jest aż 15 tys. costaleros. Chętnych nie brakuje, noszenie pasos uważane jest za zaszczyt. Wielu mieszkańców miasta długo zabiega o ten honor. Wpisują się na listę i czekają, aż zwolni się miejsce. A w końcu się zwolni, bo costalero można być tylko w wieku od 21 do 45 lat. I to po przedstawieniu zaświadczenia lekarskiego o dobrym stanie zdrowia. Poza tym trzeba się też nienagannie prowadzić. Składka członkowska w bractwie wynosi rocznie 20 euro, costaleros bez szemrania płacą dwa razy więcej.

Szczególną kategorię stanowią submarinos — tragarze, których w ogóle nie widać. Tkwią ukryci pod platformą jak w łodzi podwodnej. Dźwigają ciężar na barkach i na głowach owiniętych grubymi bawełnianymi zawojami. Szczyt poświęcenia i szczyt pokory.

Największe wrażenie procesje robią nocą. Zakapturzone postaci wyglądają wtedy jak zjawy z zaświatów. Powietrze przesycone jest zapachem kwiatów i kadzidła, drgają płomyki świec. W ciemności słychać głuchy łoskot werbli. Nagle werble milkną, a ciszę przerywa dziwny, niepokojący śpiew przypominający łkanie. To saeta, pieśń wywodząca się z flamenco. Śpiewak pojawia się w oknie, na balkonie, czasem wychodzi z wąskiego zaułka. Gardłowym głosem wyszarpuje z siebie cały ból, żal i współczucie. Śpiewa o męce Chrystusa i krwawiącym sercu Madonny. Kiedy skończy, pochód rusza dalej.

Jeśli ktoś myśli, że ma to cokolwiek wspólnego z improwizacją, całkowicie się myli. Każda minuta procesji została starannie wyreżyserowana.

 

Mayordomo Banderas

Antonio Banderas — chłopak z Malagi — nie zapomina o rodzinnym mieście. Od lat przyjeżdża na Semana Santa do domu i uczestniczy w procesji. Bez rozgłosu, bez ostentacji. Kiedyś razem z innymi dźwigał paso, ale już skończył 45 lat. Teraz występuje jako ważna figura: mayordomo. Przewodzi procesji z figurą Virgen de Lágrimas y Favores z parafii św. Jana Chrzciciela. Nosi kremową tunikę, białe rękawiczki i czarny kaptur z krzyżem maltańskim.

Przyjeżdża z nim żona Melanie Griffith, a także ich 11- -letnia córka Estella del Carmen. Melanie, która sama o sobie mówi, że jest Andaluzyjką z wyboru, pojawia się w orszaku jako zakapturzona pokutnica w zielonej tunice, ze świecą w ręce.

Kiedy nie uczestniczy w procesji, stoi na balkonie hotelu Larios i z góry sypie płatki róż na przechodzących. W każdym razie o takich romantycznych obrazkach z lubością opowiadają mieszkańcy Malagi. Mówią też, że na Semana Santa Banderas wykupuje w hotelu Larios całe piętro dla rodziny i przyjaciół. Towarzyszą im czasem hollywoodzcy reżyserzy, którym Antonio z dumą pokazuje fascynujący spektakl.

 

Zielone Diabły

Ile w tym spektaklu religijnej żarliwości, a ile przywiązania do tradycji, hiszpańskiej skłonności do efektownego gestu i teatralności — trudno powiedzieć. Biskup Malagi Antonio Dorado Soto przyznaje, że wśród jego owieczek praktykujący katolicy stanowią tylko 15 procent. A w procesjach uczestniczy prawie całe miasto, niewierzący także.

Niespodziewanie mój położony nieco na uboczu hotel NH Malaga, nad wyschniętym korytem rzeki Guadalmedina, okazuje się rewelacyjnym punktem widokowym. Tylko jednego dnia, ale za to jakiego.

Cała Malaga czeka na Wielki Czwartek. Żołnierze Hiszpańskiej Legii Cudzoziemskiej przenoszą wówczas figurę Chrystusa Dobrej Śmierci z klasztoru Dominikanów do siedziby bractwa. Z okien hotelu widać klasztor i legionistów jak na dłoni.

Mówi się o nich Zielone Diabły. Noszą zielone berety komandosów, a ich dewiza brzmi: Viva la muerte! Niech żyje śmierć! Idą, śpiewając swój posępny hymn „El novio de la muerte” — „Narzeczony śmierci”. Wyprężeni jak struny. Sztywny krok, łoskot werbli i podkutych butów. Niosą na ramionach figurę Ukrzyżowanego. W pewnej chwili pokazują, co potrafią: podnoszą ciężki krzyż z Chrystusem na wyprostowanej jednej ręce i zaczynają go kołysać. Tłum najpierw wstrzymuje oddech, a potem wybucha entuzjazmem. Brawa i okrzyki. Na koniec żołnierz wprowadza na plac żywą kozę w czerwonej kapie i ze złotymi rogami. To cabra de la Legion, maskotka legionistów. Odchodzą przy dźwiękach trąb i bębnów. Koza truchta razem z nimi.

Wielki spektakl łączący rytuał religijny z wojskowym kończy się, a ja przestaję wreszcie żałować, że nie udało mi się zamieszkać w hotelu Larios.

Elżbieta Sawicka