Koszt ubezpieczenia floty pojazdów zależy od szkodowości i wcale nie jest regułą, że firmy płacą taniej od klientów indywidualnych.
Dla towarzystw ubezpieczeniowych flota to minimum 10 pojazdów. Czasami można się spotkać z określeniem miniflota, które dotyczy firm korzystających z 5-10 samochodów. W takiej sytuacji nie można jednak liczyć na specjalne traktowanie, a co najwyżej na zniżkę w taryfie.
Różnie z ceną
Jeżeli firma posiada co najmniej kilkanaście pojazdów, to jej współpraca z towarzystwem ubezpieczeniowym opiera się na indywidualnie wynegocjowanych zasadach — bezpośrednio między przedsiębiorstwem a oddziałem towarzystwa lub za pośrednictwem brokera.
Właściciel floty musi najpierw określić zakres ubezpieczenia. Większość decyduje się na objęcie pojazdów nie tylko obowiązkowym ubezpieczeniem, ale także autocasco, a nawet ubezpieczeniem następstw nieszczęśliwych wypadków. Potem następuje wybór ubezpieczyciela.
— Warunki cenowe negocjowane są w oparciu o historie szkodowości klienta. Klient może jednak uzyskać zniżkę, jeżeli zdecyduje się np. na wprowadzenie programu motywującego kierowców do bezszkodowej jazdy — twierdzi Wojciech Kamiński, broker ubezpieczeniowy.
Mniejsze zniżki daje natomiast dodatkowe zabezpieczanie pojazdów przed kradzieżą, ponieważ koszt tego ryzyka stanowi stosunkowo niewielki procent ceny polisy.
— W praktyce może się zdarzyć, że firma mająca bardzo wysoką szkodowość, będzie płaciła składkę wyższą, niż by to wynikało z taryfy. Dotyczy to zwłaszcza regionów pozawarszawskich, gdzie taryfy są stosunkowo niskie — twierdzi Wojciech Kamiński.
Giganci decydują
Nieco inaczej wygląda sytuacja przy flotach liczących kilkadziesiąt a nawet kilkaset pojazdów. Strategia ubezpieczeniowa staje się wtedy ważnym elementem polityki finansowo-podatkowej właściciela floty. W przypadku dużych przedsiębiorstw trzeba sobie bowiem zadać pytanie, jaką część ryzyka warto wziąć na siebie, jaką zaś przekazać ubezpieczycielowi. Z rachunku ekonomicznego może bowiem wynikać, że nie warto wykupywać ubezpieczenia autocasco, ponieważ koszt składki będzie większy od kosztu ryzyka rozproszonego pomiędzy kilkaset lub nawet ponad tysiąc pojazdów. Zdarza się wtedy, że firma decyduje się np. na bardzo rozbudowaną franszyzę redukcyjną, dzięki czemu większość szkód pokrywa sama, a ubezpieczenie obejmuje w praktyce tylko zniszczenie całkowite pojazdu lub kradzież.
— W przypadku bardzo dużych flot możliwe jest na przykład wynegocjowanie udziału w zysku ubezpieczyciela, pod warunkiem osiągnięcia dużo niższej od zakładanej szkodowości — twierdzi Wojciech Kamiński.
Po ustaleniu wszystkich warunków spółka podpisuje z towarzystwem umowę generalną. Ponadto każdy pojazd musi mieć indywidualną polisę. Płatność składki rozłożona jest zwykle na raty, tym bardziej że wartość umowy zmienia się wraz ze zmianami liczebności floty.
Kłopotliwy leasing
Znacznie więcej kłopotów czeka przedsiębiorców użytkujących auta w leasingu. W takiej sytuacji lea-singodawca chce sam opłacać składkę argumentując, że tylko wtedy ma pewność, że należące do niego auto jest ubezpieczone.
— Jeżeli przedsiębiorca biorący auta w leasing ma małą flotę, może mu się opłacać ubezpieczanie na zasadach określonych przez leasingodawcę. Ten dysponuje bowiem bardzo licznym taborem i ma korzystne umowy z towarzystwem ubezpieczeniowym — twierdzi Wojciech Kamiński.
W takiej sytuacji możliwe są dwie formy rozliczeń. Rzadka, ale wygodna dla klienta to taka, gdy leasingodawca sam płaci (doliczając to jako stały koszt do rat leasingowych), a szkodowość nie ma wpływu na wysokość rat. Jest to jednak mało wygodne dla firmy leasingowej, bo nie motywuje klientów do bezszkodowej jazdy. Częściej stosowaną metodą jest ubezpieczanie aut przez lea-singodawcę, ale faktury z tytułu składki pokrywa klient niezależnie od raty. Wtedy ubezpieczenie jest szacowane indywidualnie i składka rośnie, gdy klient powoduje szkody.
— Część przedsiębiorstw posiadających duże floty, umawia się z lea-singodawcą, że pojazdy będą ubezpieczane w ramach umowy generalnej leasingobiorcy. Ma to miejsce zwłaszcza wtedy, gdy ma on wynegocjowane z towarzystwem korzystne warunki indywidualne — twierdzi Wojciech Kamiński.
Przedsiębiorca posiadający już flotę i kupujący pojazdy w leasingu może więc mieć do czynienia z trzema różnymi stawkami w tym samym towarzystwie. Inna będzie w przypadku pakietu posiadanego przez leasingodawcę, inna w przypadku pakietu dealerskiego i jeszcze inna wyniknie z jego własnej umowy generalnej z towarzystwem.
Trudna likwidacja
Najwięcej kłopotów czeka użytkownika leasingowanego auta w momencie szkody. Pół biedy, jeżeli jest to szkoda częściowa, czyli auto nadaje się do naprawy. Trzeba wówczas powiadomić leasingodawcę, a z towarzystwem załatwiać sprawę samemu. Leasingodawca przekazuje tylko leasingobiorcy upoważnienie (jeżeli to on ubezpieczał) do odbioru odszkodowania, wcześniej sprawdziwszy oczywiście, czy nie było zaległości w ratach. Poszkodowany ma teoretycznie obowiązek naprawy szkody, choć leasingodawcy nie zawsze to sprawdzają.
Gorzej jednak, gdy nastąpi szkoda całkowita, czyli ubezpieczyciel uzna, że auto nie nadaje się do naprawy. Dzieje się tak zwykle, gdy wartość odszkodowania przekracza 70 proc. sumy ubezpieczenia, czyli wartości samochodu. Zasady postępowania w takim przypadku reguluje umowa leasingu.
W praktyce oznacza to, że leasingodawca pobiera całość odszkodowania. Nie pokrywa ono jednak zwykle jego roszczeń. Klient pozostaje więc z wrakiem i resztą rat do spłacenia.