Gordon Brown, brytyjski minister finansów, zgłosił wczoraj weto Brukseli i zapowiedział, że nie zmniejszy wydatków budżetowych na służbę zdrowia i edukację. Tymczasem zdyscyplinowania budżetu żąda Komisja Europejska.
Służba zdrowia to najważniejszy punkt w programie gospodarczym rządu Tony’ego Blaira. Najważniejszy, bo najbardziej problematyczny. Wielotygodniowe kolejki do badań i do szpitali czy brak personelu medycznego to widok znany nie tylko z Polski. Na Wyspach jest on efektem zaniedbań i oszczędnej polityki budżetowej konserwatystów. Jedyne, co może poprawić tę sytuację, to dodatkowe pieniądze.
Brytyjczycy uważają, że powinni dorównać do średniej europejskiej. Rząd wydaje na służbę zdrowia około 7 proc. dochodu, podczas gdy w krajach rozwiniętych ten odsetek wynosi 10 proc. Aby wyrównać różnicę, Brytyjczycy musieliby wydać dodatkowo około 30 mld GBP (178,2 mld zł). Ale nawet dla podtrzymania obecnego tempa wzrostu nakładów (5,6 proc. rocznego dochodu) potrzebne jest dodatkowe 5 mld GBP (29,7 mld zł) już w przyszłym roku.
Nic dziwnego więc, że Gordon Brown, minister finansów Wielkiej Brytanii, walczy o pieniądze i od listopada prowadzi już kampanię mającą oswoić opinię publiczną z faktem podniesienia niektórych podatków. Trudniej będzie przekonać Brukselę. KE żąda obcięcia wydatków z brytyjskiego budżetu o 10 mld GBP. Wczoraj Gordon Brown postawił się Brukseli, stwierdzając, że nie zmniejszy nakładów na służbę zdrowia i edukację.
Wśród Brytyjczyków powszechne jest przekonanie, że podstawowa opieka zdrowotna powinna pozostać bezpłatna, a więc fundowana przez państwo. Jednak prowadzenie usług medycznych niekoniecznie musi pozostawać w jego rękach. Na mocy podpisanej w 2000 r. umowy państwowa służba wykorzystuje wolne możliwości firm prywatnych. W ten sposób około 150 tys. pacjentów czekających w 2001 r. na badania specjalistyczne mogło zrobić je wcześniej.