Razem z coraz większą liczbą zachodnich turystów przywędrowała do Polski moda na nowy typ turystyki: bed & breakfast.
Internetowa oferta Boutique B&B nie oszałamia wielkością. Fotografia, adres, namiary na właściciela. Ale za to zdjęcie pokazujące dyskretny urok przedwojennego salonu od razu zachęca do sprawdzenia, czy miejsce, które reklamuje, jest takie, na jakie wygląda.
Jarosław Chołodecki prowadzi jeden z pierwszych w Warszawie pensjonatów bed & breakfast, czyli dosłownie „łóżko i śniadanie”. Ten szyld oznacza zwykle kwatery, apartamenty, pensjonaty i hoteliki o wysokim standardzie. Od tradycyjnych różnią się tym, że panuje w nich rodzinna atmosfera. Moda na te alternatywne wobec hoteli obiekty przywędrowała z Zachodu.
Urok niespodzianki
— Hotele się zmacdonaldyzowały. Każdy, kto wybiera Sheraton w Warszawie, Londynie czy Szanghaju, wie, czego się spodziewać. Wszystkie wyglądają identycznie. Bardziej wybredna grupa gości szuka miejsc, które zaskakują. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, na co się trafi — mówi Jarosław Chołodecki.
Marka bed & breakfast dużą popularnością cieszy się w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Skandynawii. Wyszukiwarka internetowa po wpisaniu hasła pokazuje tysiące ofert: Rzym, Berlin, Ateny, Barcelona, Budapeszt, Praga itd. B&B lokują się w centrach miast, w najbardziej atrakcyjnych miejscach.
W Polsce te usługi są jeszcze w powijakach. Wraz z tanimi liniami i tysiącami Anglików lądującymi na lotnisku w Balicach pierwsze bed & breakfast pojawiły się w Krakowie. Od niedawna są też w Warszawie. Klientów przyciąga jednocześnie ich przewidywalność i nieprzewidywalność. Wiadomo, że usługi są na wysokim poziomie, ale reszta pozostaje tajemnicą.
— Czasem zyskuje się klienta, bo zżera go ciekawość i chce sprawdzić, co zastanie na miejscu — mówi Chołodecki.
A zastaje...
— ...osobistą relację z człowiekiem. Nie tylko zawodową grzeczność recepcjonisty: „Hello! Can I help you? — uważa Chołodecki — lecz również możliwość poznania kraju przez jego mieszkańców. A kontakt z tubylcami jest nie do przecenienia dla turystów z Zachodu.
Butik na Smolnej
Kamienica na ulicy Smolnej 14 w Warszawie — jeszcze kilka lat temu obraz nędzy i rozpaczy. Obdrapane mury, swastyki na ścianach, obsikana klatka. Melina na pierwszy rzut oka. Chołodecki pokazuje zdjęcia sprzed remontu i po nim. Ta metamorfoza jest zasługą mieszkańców. Najpierw sami wzięli się do zamalowywania napisów na ścianach.
— Urzędnicy powiedzieli nam, że to samowola budowlana — denerwuje się Chołodecki — że nie mamy prawa.
Założyli więc wspólnotę, urzędników posłali do diabła i od tej pory rządzą się, z dobrym skutkiem, sami. Wspólnota ze Smolnej stała się sławna na całą stolicę. Organizują koncerty, happeningi i poczęstunki na powietrzu. Kamienica wróciła do czasów przedwojennej świetności, kiedy mieszkało w niej hrabiostwo (dziś hrabia Plater mieszka na stałe w Szwecji, od czasu do czasu odwiedza dom na Powiślu). I stała się atrakcyjnym miejscem przyjmowania turystów.
O Boutique B&B Jarosław Chołodecki zaczął myśleć dwa lata temu. Dużo jeździ po świecie i zwykle zatrzymuje się w podobnych miejscach. Stąd inspiracja. A lokum tutaj kupił kilkanaście lat temu. Z zamierzenia (i z nazwy) miejsce jest butikowe: urządzone ze smakiem i kameralne.
Do dyspozycji są cztery pokoje z łazienkami, telefonem, faksem, telewizją, komputerem podłączonym do internetu (zatrzymują się tu również biznesmeni) oraz w pełni wyposażone dwie kuchnie. Pomieszczenia ciągle są dopieszczane w szczegółach. Nad kuchennym kredensem Dominik, zaprzyjaźniony młody artysta, namalował rząd dzbanków, dzbanuszków i karafek. Czasem wieczorem biesiadujący obok przy stole goście chcą, żeby nalać im z tych dzbanów wina. Dominik przyniósł właśnie nowe projekty upiększenia jednego apartamentu: cztery kolumny (a może herosi) podtrzymują spadające niebo (sufit).
Klientami bed & breakfast są przeważnie ludzie, których stać na bardzo dobry hotel, ale wolą miejsca z charakterem. Nie lubią sieciowych hoteli i zorganizowanej turystyki.
— Tu jest więcej miejsca na sztukę tworzenia własnego scenariusza podróży — uważa Chołodecki.
Pozytywny sygnał
Nie we wszystkich krajach B&B znaczy to samo. W Atenach kojarzy się z tanimi pokojami, w Rzymie z prywatnymi kwaterami, w Wielkiej Brytanii z angielskim dobrym stylem.
— W Polsce dopiero zaczynamy, dlatego mamy szansę stworzenia wszystkiego od podstaw i wysłania w świat pozytywnego sygnału. Chciałbym, żeby nasze B&B kojarzyły się z powrotem do szlacheckiej tradycji: biesiadowania i gościnności — mówi pan Jarosław.
Razem z Agnieszką Wajzner, która prowadzi podobny przybytek, chcą założyć stowarzyszenie bed & breakfast i czuwać nad jakością usług. Od początku współpracują ze sobą, podsyłają sobie gości. Chcieliby też powołać regionalną organizację turystycznej. Mazowieckie jest chyba ostatnim z województw, które jej nie ma.
Przybytek Agnieszki Wajzner jest trochę inny niż ten na Smolnej. Ze względu na warunki lokalowe nie podają śniadań, za to każdy apartament ma aneks kuchenny. A w samej kamienicy i jej okolicach nie brakuje lokali gastronomicznych. Duval & serviced apartments mieści się kilka kroków od Rynku Starego Miasta, na ulicy Nowomiejskiej 10. Nieduży szyld, długi kamienny korytarz, schodami na pierwsze piętro do herbaciarni, drzwi jakby wiodące na strych.
Kamienica należy do ojca pani Agnieszki, ona — menedżerka — prowadzi Duval. Droga do obecnej świetności była długa. Po latach rodzinie udało się odzyskać budynek.
— Wszystko było w strasznym stanie — wspomina Agnieszka Wajzner.
Kamienica ma 400 lat, jako jedna z nielicznych nie została doszczętnie zniszczona podczas wojny. Remont trwał i trwał — sukcesywnie od dołu do góry. Znaleźli się chętni do wynajęcia pomieszczeń: restauracja Prowincja i kawiarnia-herbaciarnia Same Fusy. Apartamenty Japoński, Szklany, Staropolski i Retro (rodzinnie przez wszystkich nazywany Babuni) zostały oddane do użytku ponad rok temu. Wystrój odpowiada nadanym im nazwom.
— Mieliśmy już gości ze wszystkich kontynentów, no, może poza Antarktydą — śmieje się pani Agnieszka. — Sporo ze Stanów, Kanady, Izraela. Z Europy najwięcej przyjeżdża Włochów. W pokoju Szklanym mieszka teraz pani z Nowej Zelandii. Polacy właściwie się nie zdarzają — dodaje.
Goście zostają średnio trzy-cztery doby, latem trochę dłużej. Najdłużej była pani z Argentyny. Przyjechała do córki, która mieszka w Warszawie. Bawiła miesiąc.
— Współpracujemy z kilkoma zagranicznymi firmami, które podsyłają nam swoich pracowników. Są tacy, co przyjeżdżają któryś raz z kolei, więc wiemy, co lubią — opowiada szefowa Duvala.
Płacą od 250 zł do 360 zł za noc zależnie od pokoju, długości pobytu, czy w sezonie czy poza sezonem. Są gorące okresy, kiedy nie wiadomo, w co ręce włożyć, i takie, że nie ma prawie nikogo.
— Średnie obłożenie na Zachodzie wynosi około 25 proc. B&B się nie reklamuje, nie ma tu przypadkowych ludzi z ulicy — mówi Jarosław Chołodecki.
Poczta pantoflowa i internet — to podstawowe kanały informacji. Oboje zgłosili się do amerykańskiej sieci bedandbreakfast.com.
— Pamiętam wszystkich swoich gości — mówi Agnieszka Wajzner. — Byli tacy starsi państwo z Kanady. Odwiozłam ich na dworzec, wsadziłam do pociągu, już ich prawie ucałowałam — opowiada ze śmiechem. — Z kolei dwie młode Japonki, które mieszkały razem w pokoju Babuni, po wyjeździe z Warszawy przysyłały nam widokówki z Pragi i Wenecji. Do każdego podchodzimy indywidualnie, staramy się ich dopieścić — podsumowuje pani Agnieszka.
Dla jeszcze jednej nocy
Właściciele B&B często są dla swoich gości najlepszą informacją turystyczną, gastronomiczną, komunikacyjną i kulturalną. Starają się zaproponować coś ciekawego, czego nie ma w przewodnikach. Służyć radą. Ludzie pytają o konkretne rzeczy: gdzie zrobić zakupy, jakie pamiątki będą najwłaściwsze. Takie sprawy jak sprawdzanie połączeń kolejowych, lotniczych czy rezerwowanie biletów do filharmonii albo teatru to norma.
— Właśnie przed pani przyjściem ustalaliśmy z panem Janem plan dnia — wtrąca Jarosław Chołodecki.
Siedzimy przy stole w kuchni. Jan Potocki ze smakiem zjada śniadanie. Świetnie rozumie po polsku, ale rozmawiać woli po angielsku. Na stałe mieszka w Kalifornii.
— Dla mnie duża liczba takich miejsc świadczy o wysokim poziomie turystyki w danym mieście — dorzuca swoje spostrzeżenia Jan Potocki.
Warszawscy właściciele obiektów turystycznych zazdroszczą sukcesu Krakowowi. A już absolutnym wzorem jest Praga. W zeszłym roku odwiedziło ją 25 mln turystów.
— Kraków nie miałby szans na taki rozwój, gdyby nie to, że pojawiły się hoteliki i pensjonaty B&B — uważa Chołodecki. — Stolica jeszcze tego nie zrozumiała. Na warszawskim lotnisku ląduje pięć razy więcej turystów niż na Balicach. Tyle że oni robią krótki przystanek w Warszawie, a potem jadą do Krakowa czy do Gdańska — peroruje właściciel Boutique B&B.
Dlatego Jarosław Chołodecki z Romanem Gutkiem (kino Muranów) i Wojciechem Trzcińskim (Fabryka Trzciny) myślą o zawiązaniu „koalicji na rzecz jeszcze jednej nocy”, żeby średni turystyczny pobyt w stolicy wydłużył się z jednej doby do kilku.
— Kiedy czytam przewodniki o Paryżu, Pradze czy Krakowie — wszystko tam jest czarujące: charming hotels, places etc. A w przewodnikach o Warszawie: „zburzona podczas wojny”, „pomnik komunizmu” — wszystko postsocjalistyczne. Może to też jest jakiś powód — dodaje Potocki.
Krakowski bestseller
Agnieszka Wajzner i Jarosław Chołodecki są prekursorami bed & breakfast w stolicy. Nie brak za to mniejszych i większych firm wynajmujących apartamenty. Rekinem na tym rynku jest międzynarodowa sieć Old Town Apartments mająca apartamenty w kilku miastach Europy: Berlinie, Barcelonie, Madrycie, Rzymie, Pradze (100 mieszkań). Ma też 45 mieszkań w Warszawie i 42 w Krakowie. Po kilka w Gdańsku i Wrocławiu. W Warszawie turyści lokowani są na Starym Mieście, a biznesmeni na Nowym Świecie. Średni pobyt turystyczny to trzy do pięciu nocy. Średni biznesowy — dwie-trzy doby, długookresowy od dwóch do trzech miesięcy (firmy wynajmują mieszkania dla swoich pracowników).
— W Krakowie oferujemy również usługę bed & breakfast. W tej chwili to miasto jest naszym „bestsellerem”. Po starcie tanich linii bardzo zwiększyła się liczba turystów — mówi Sylwia Pytko-Burska, dyrektor zarządzająca Old Town Apartments.
W stolicy Małopolski pełno jest niewielkich firm, które wynajmują po dwa-trzy mieszkania. Wykorzystując olbrzymie zainteresowanie turystów podwawelskim grodem, za zakładanie obiektów B&B biorą się Brytyjczycy, Amerykanie.
Właścicielem Accesion Bed and Breakfast jest Thomas Leach. Oferuje cztery pokoje w kamienicy na ulicy Garncarskiej, niedaleko Rynku Głównego. Cena 210 zł ze śniadaniem za dwie osoby.
— To nasz pierwszy sezon, w sumie udany — mówi Hanna Dłóciok, która w imieniu właściciela prowadzi ten, jak sama mówi, miniminipenjonat.
Są nastawieni na Anglików, gdzie B&B jest rozpowszechnione i kojarzone z usługami na określonym poziomie.
Boom na B&B w Małopolsce potwierdza Marek Szwaj, prezes Polskiego Stowarzyszenia Bed and Breakfast.
— Najwięcej osób z tego terenu jest zainteresowanych przystąpieniem do sieci — mówi Szwaj.
Stowarzyszenie ma siedzibę w Gdyni. Zarejestrowane zostało w październiku 2004 r., ale tak naprawdę działa dopiero od wiosny. Skupia kilkudziesięciu kwaterodawców z całego kraju, którzy spełniają określone wymogi. Za pomocą witryny www.superspanie.pl promuje swoich członków w świecie. Prezes i wiceprezes — Marek i Mariola Szwajowie — dobrze się na tym znają. Prowadzą firmę specjalizującą się w marketingu internetowym. W końcu im lepsza infrastruktura turystyczna, tym lepsza reklama dla Polski i więcej chętnych do odwiedzenia naszego kraju.
