Z wiatru, wody i chmur

Anna Leder
opublikowano: 13-08-2004, 00:00

Ten żeglarz ma łódki na dwóch kontynentach i kilkanaście żagli.

Śpi w dobrych hotelach, zimą ćwiczy w ciepłym klimacie. Funduszy starcza mu też na trenerów, masażystów, fizjologa, psychologa i sprzęt. Starcza — bo na to wszystko zarabia.

„Puls Biznesu”: Jak się żyje ze sportu?

Mateusz Kusznierewicz, mistrz olimpijski w żeglarstwie: W moim wydaniu sport to skarbonka bez dna. Cały czas chcę udoskonalać i rozbudowywać zespół, mieć coraz lepszy sprzęt. Finansową pomoc czerpię z paru źródeł. Współpracuję z Mercedesem-Benz (zapewnia mi na przykład wsparcie logistyczne), DaimlerChrysler Leasing Bankiem i firmą Röben. Jako olimpijczyk jestem finansowany też przez Polski Związek Żeglarski. Dzięki wsparciu sponsorów nie muszę dokładać już do sportu z pieniędzy prywatnych. Czyli — żyje mi się dobrze.

To ile jest warte w Polsce nazwisko „Kusznierewicz”?

Między 50 a 150 tysięcy euro — w zależności od formy, sposobu i okresu wykorzystania wizerunku.

Za drogo? Bo Pana osoba w reklamie nie jest zbyt eksploatowana...

Nie. Pracuję na swą markę i nie godzę się na byle co. Chcę, by ewentualne połączenie mojej osoby z konkretnym brandem, firmą, produktem nie było przypadkowe — budziło zainteresowanie i dobre skojarzenia. Miałem kilka propozycji reklamy produktów, które zupełnie nie pasowały do mego charakteru, dyscypliny, jaką uprawiam, czy stylu bycia.

Jakich?

To były np. bardzo popularne chipsy czy kompletnie nieznane na rynku produkty cukiernicze. Oba projekty wydawały się kuszące, ale nie wziąłem w nich udziału, bo ich przyjęcie byłoby sprzeczne z moimi zasadami.

Nie szkoda? Zgoda zapewniłaby środki finansowe umożliwiające profesjonalne uprawianie dyscypliny. I to na długo...

Nie jestem przyciśnięty do ściany z powodów finansowych, świetnie daję sobie radę bez wątpliwych okazji. Czekam na propozycję, która będzie satysfakcjonowała obie strony i będzie dla obu korzystna. Nie ukrywam, że chciałbym, by taki komfortowy moment nastąpił.

To właściwie z czym Pan chciałby być kojarzony?

Z produktem firmy cieszącej się opinią solidnej, będącej liderem w branży; z produktem, z którym będę się utożsamiał i z przyjemnością o nim opowiadał. Może coś z branży elektrotechnicznej, telekomunikacyjnej... Może coś związanego z modą, ubezpieczeniami, bankowością?

Teraz Pan przebiera, ale zanim został sportowym krezusem, w 1996 roku były kłopoty z namówieniem kogokolwiek do wyłożenia pieniędzy na Pana pasję...

O jejku... To były czasy! Do olimpiady w Atlancie niemal w 100 procentach moimi sponsorami pozostawali rodzice. Żeglarstwo nie leżało wtedy nawet w kręgu zainteresowań raczkującego sponsoringu sportowego. Próbowałem zainteresować sobą 145 firm, do których wysłałem list intencyjny. Odpowiedziały dwie — po to, by podziękować za propozycję współpracy. Był jeszcze indywidualny gest — człowieka, który dostrzegł we mnie talent i ofiarował prywatne pieniądze. To wsparcie miało dla mnie duże znaczenie — także psychiczne. Postanowiłem, że i ja kiedyś pomogę oszlifować jakiś diament, niekoniecznie żeglarski. Mam już upatrzonego 12-letniego, nieprzeciętnie uzdolnionego zawodnika, pływającego na Optymiście — służę mu fachową radą i pomocą.

Szlachetnie...

Staram się być dobry dla innych. Gdyby nie bliscy, którzy stąpają twardo po ziemi i doradzają, pewnie bym wszystko rozdał... Część znajomych nazywa mnie rycerzem św. Graala. (śmiech)

Do Aten jedzie Pan po złoto. A co jeśli trafi się 4 miejsce, jak w Sydney?

Na nic się nie nastawiam. Trzeba spokoju i wyważenia. Jadę tam na kolejne regaty, na których muszę dobrze pływać. Jeśli wrócę ze złotem olimpijskim, to z satysfakcją podkreślę, że niebywale przyjemnie jest wygrać, potem coś stracić i odzyskać. Jeśli przyjadę ze srebrnym albo brązowym medalem — też będę zadowolony. Jeżeli będę czwarty, piąty czy dziesiąty — pojawi się gorycz porażki. Ale taki jest sport; szczęśliwie tylko sport. To najtrudniejsze igrzyska, w jakich do tej pory startowałem. Moimi przeciwnikami są znakomici żeglarze i wiem, że będę się musiał mocno napracować.

Do czego w życiu przysłuży się Panu ten złoty medal?

Będzie przepustką na najwyższą półkę żeglarstwa zawodowego. Mam też nadzieję, że pomoże pozyskać firmę-partnera, która zechce połączyć mój wizerunek ze swoim produktem w ciekawej, jedynej w swoim rodzaju kampanii reklamowej.

Kto Panu imponuje — i jako mistrz sportu, i jako ktoś, kto umiejętnie kieruje swoim życiem pozasportowym?

Podoba mi się przemyślane podejście do obowiązków, konsekwentna realizacja celów i planów — zarówno sportowych jak i biznesowych — Roberta Korzeniowskiego. Imponuje mi także największy żeglarz na świecie — Nowozelandczyk Russell Coutts: swobodą, wdziękiem, poczuciem humoru we wszystkim, co robi. Moim marzeniem jest znaleźć się w przyszłości w jego teamie. Mógłbym jeszcze długo wymieniać cenionych przeze mnie ludzi. Od dziecka byłem odważny i pewny siebie. Nie krępowałem się pytać i podpatrywać innych, którzy osiągali sukcesy. Często byli inspiracją moich projektów.

Zamierza Pan sukces sportowy przekuć na sukces w biznesie?

Od 4 lat z Agnieszką, moją żoną, prowadzimy Akademię Sportowej Przygody, zajmującą się organizacją aktywnego wypoczynku dla dzieci i młodzieży. Proponujemy dwutygodniowe turnusy żeglarskie i golfowe w lecie, narciarsko-snowboardowe — zimą. Powoli przedsięwzięcie się rozrasta. Niebawem wprowadzimy do oferty katamarany i windsurfing. Program obozów jest tak opracowany, by ciekawie wypełnić dzieciakom czas od rana do nocy. Wracamy do takich gier i zabaw, jak podchody leśne, szukanie skarbów, teatrzyki obozowe. Nasze obozy wolne są od agresji, alkoholu, papierosów, od telefonów komórkowych i gier komputerowych. Postawiłem na sport i świeże powietrze. I okazuje się, że chętnych nie brakuje, a ponad połowa uczestników do nas wraca —właśnie ze względu na program.

Akademia to główny pomysł na życie po wielkim sporcie?

Po i w trakcie. To zdecydowanie komercyjny projekt — i dzięki niemu się utrzymujemy. Turystyka łączona ze sportem okazała się pomysłem trafionym. No i ogromną satysfakcję daje możliwość dzielenia się doświadczeniami związanymi ze sportem i możliwość przekazania wyznawanych wartości.

A niby jakie wartości ma Pan do przekazania nastolatkom?

Szacunek dla drugiego człowieka, szczególnie rywala — w sporcie i w życiu. Uczymy też dzieci samodzielności, zaradności, współdziałania w grupie.

Za obóz trzeba zapłacić 2,4 tys. zł. Słono!

Nie jesteśmy tacy najdrożsi... Gwarantujemy bardzo wysoką jakość prowadzonych zajęć i standard ośrodków. Bardzo ważne pozostaje dla nas, w jakich warunkach mieszkają dzieci. Starannie dobraliśmy kadrę instruktorów-opiekunów. Na razie urządzamy obozy w wynajętych ośrodkach na Mazurach, ale to się zmieni... Kupiliśmy ziemię w Swornych Gaciach nad Jeziorem Charzykowskim; za rok ruszy tam budowa całorocznego ośrodka na 150 miejsc noclegowych — z salą konferencyjną, mariną żeglarską, kortami tenisowymi, małą stadniną. Poza młodzieżą chcemy gościć indywidualnych turystów i uczestników imprez integracyjnych dla firm.

A sklep McGregora z ciuchami?

Dodatek. Hobby. Lubię robić zakupy, lubię dobrze się ubrać. Bycie współwłaścicielem sklepu z rzeczami, w które się ubieram, to przyjemność.

Jak z motywacją po tylu sportowych sukcesach?

Zwariowałbym, gdybym zaczął się nudzić. To dla mnie największa kara, największy wróg. Napędza mnie działanie. Najprościej jest w sporcie. Lubię rywalizację, zawody — to w zasadzie motor do dalszej pracy. Motywuje mnie też świadomość czasu, który poświęcam doskonaleniu siebie i spędzam z dala od najbliższych. Czułbym się źle wobec nich, gdybym nie wykorzystywał go optymalnie. Gdyby nie przynosił efektów.

Jak będzie wyglądało Pana życie za 5 lat?

Chciałbym być na emeryturze... (śmiech) Mieszkać na Kaszubach, mieć domek w Barcelonie, mieć czas na golfa... A serio... Najprawdopodobniej po igrzyskach olimpijskich w Atenach przejdę na zawodowstwo.

Zdradzał Pan, że myśli o spróbowaniu sił na większych jachtach z 2-osobową załogą.

Jeśli nie podpiszę kontraktu zawodowego, to nadal zostanę w sporcie olimpijskim. Ale będę się starał zmienić klasę — z Finna na 2-osobowego Stara, która wymaga uzyskania od sponsorów budżetu na rok wysokości 150-200 tys. euro.

A za dekadę, gdy nie będzie się Pan już ścigał wyczynowo?

Będę pływał! Nigdy nie przestanę! Nie ma granicy wieku w żeglarstwie. Z wiekiem przychodzą ograniczenia fizyczne, ale ten sport daje wiele możliwości wyboru. Myślę, że będę sprawdzał się jako strateg i taktyk. Lubię na łódce decydować... Czytać z wody, wiatru i chmur.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Anna Leder

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Z wiatru, wody i chmur