Za tą szafą kryje się koalicyjny paraliż

Jacek Zalewski
10-10-2006, 00:00

Światek polityki coraz bardziej przypomina samonakręcającą się machinę, funkcjonującą w oderwaniu od zwyczajnych ludzkich spraw, a także — co szczególnie ważne dla nas — pulsu życia gospodarczego. Jeszcze nie opadł kurz po sobotnich manifestacjach w stolicy, a tu Polska Agencja Prasowa nie uszanowała nawet niedzieli i pilnie uruchomiła kanał dystrybucyjny dokumentów ze słynnej szafy pułkownika Lesiaka. W dwóch transzach wyemitowano kilkanaście odtajnionych stron.

Owymi dokumentami sprzed 13 lat o nadmiernym interesowaniu się przez Urząd Ochrony Państwa ówczesnymi partiami realnie żyją tylko one same, a dokładniej — ich politycy, występujący dzisiaj pod zmienionymi kilka razy szyldami. Materiał jest rzeczywiście ciekawy, ale trudno na razie powiedzieć, czy już tylko dla historyków, czy jeszcze może dla sądów. W każdym razie jego natrętne wykorzystywanie do bieżących rozgrywek politycznych służy jednemu celowi — schowaniu za szafę Lesiaka paraliżującego rządzenie Polską kryzysu parlamentarno-gabinetowego.

Próby ułożenia koalicyjnych puzzli podjął się wczoraj prezydent Lech Kaczyński, ale ma raczej niewielkie szanse na znalezienie stabilnej większości dla rządu brata, jeśli uwzględni się deklaracje wodzów poszczególnych partii. Chociaż — w polityce nigdy nie mówi się nigdy i zaskakujące zwroty następują z godziny na godzinę... Na przykład premier Jarosław Kaczyński przysiągł na świętość Stoczni Gdańskiej, że „nigdy więcej nie wolno rozmawiać z ludźmi o marnej reputacji” — ale jak zwykle nie podał żadnego nazwiska, zatem wcale nie jest pewne, że to Andrzej Lepper nie ma powrotu do rządu. W relatywizmie moralnym IV Rzeczypospolitej usuniętego tak niedawno wicepremiera nie przekreśla nawet zawiadomienie o popełnieniu przez niego przestępstwa ściganego z urzędu (chodzi o weksle), skierowane przez marszałka Sejmu Marka Jurka do prokuratora generalnego Zbigniewa Ziobry. W każdym razie dzisiaj, w dniu rozpoczęcia tak ważnego posiedzenia, nad Sejmem unosi się duch Sokratesa: „Wiem, że nic nie wiem” (Scio me nihil scire).

Jedną z nielicznych wiadomych wydaje się niepowodzenie wniosków Platformy Obywatelskiej i Sojuszu Lewicy Demokratycznej o skrócenie kadencji. Jeśli głosowanie nad nimi rzeczywiście się odbędzie w piątek 13 października, nie mają one żadnych szans na poparcie przez co najmniej 307 posłów. W sytuacji politycznego rozchwiania całkiem realne jest za to odrzucenie już w pierwszym czytaniu projektu ustawy budżetowej na rok 2007, którą Sejm ma się zająć w środę. Wnioski o odrzucenie budżetu są pewne, głosowane będą również w piątek, a im wystarcza już tylko zwykła większość. Ewentualne odrzucenie budżetu w tej fazie wymagałoby zinterpretowania Konstytucji RP, albowiem otworzyłoby różne możliwości — od skrócenia kadencji przez prezydenta aż do pilnego wniesienia przez rząd nowego, zmienionego projektu.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Gospodarka / Za tą szafą kryje się koalicyjny paraliż