Prywatne firmy nie zainwestują w szpitale, jeśli 51 proc. udziałów zostanie w samorządach
Zakłady opieki zdrowotnej będą spółkami — zdecydowała PO. To dobra wiadomość. Zła, że szczegóły przekształcenia utrudnią reformę.
Platforma Obywatelska (PO) z pompą ogłosiła wczoraj początek reformy służby zdrowia. Szpitale zostaną przekształcone w spółki prawa handlowego i przekazane w całości samorządom.
— Samorząd będzie najlepszym właścicielem — przekonuje poseł Zbigniew Chlebowski, przewodniczący klubu parlamentarnego PO.
Lokalne władze nie będą jednak miały wolnej ręki.
— Zamierzamy stworzyć takie przepisy, które uniemożliwią samorządom pozbywanie się większości udziałów na rzecz podmiotów prywatnych — mówi Elżbieta Łukacijewska, wiceprzewodnicząca klubu PO.
Bawcie się sami
Inwestorzy są rozczarowani propozycją PO. W taką kulawą prywatyzację angażować się nie chcą.
— Jeśli nie możemy mieć większości, nie będziemy zainteresowani inwestowaniem. Samorząd ma motywacje polityczne, cele prywatnego właściciela są zupełnie inne — twierdzi Jarosław Leszczyszyn, wiceprezes spółki giełdowej EMC.
Prywatni przedsiębiorcy obawiają się, że bez większościowego udziału w kapitale, restrukturyzacja szpitali się nie uda.
— Chcemy inwestować w publiczną służbę zdrowia. Na takim przedsięwzięciu będzie można zarobić, bo przejmując szpital, inwestor przejmie też duży kontrakt z NFZ. Ale jesteśmy zainteresowani komercjalizacją tylko wówczas, jeśli będzie możliwość zdobycia większościowego udziału. Żaden podmiot prywatny nie wyłoży tak dużych pieniędzy na spółkę, w której nigdy nie będzie miał większości, a więc i kontroli — uważa Adam Rozwadowski, prezes prywatnego centrum medycznego Enel-Med.
Roman Walasiński, prezes notowanej na GPW firmy medycznej Swissmed, ma nadzieję, że z czasem sytuacja się zmieni.
— Liczę, że ograniczenia w strukturze własnościowej są przejściowe i w przyszłości rząd pozwoli na objęcie udziałów większościowych przez inwestorów prywatnych. Jeśli przepisy się zmienią, na pewno nasza skłonność do inwestowania wzrośnie — mówi Roman Walasiński.
Co na to spółki zarabiające na restrukturyzacji szpitalnych długów?
— Z pewnością tam, gdzie w grę wchodzi prywatny kapitał, inwestorzy chcieliby mieć wpływ na decyzje dotyczące funkcjonowania spółki. Jeśli szpitale w rękach samorządów będą prowadzone przez dobrych menedżerów, mogą funkcjonować sprawnie niezależnie od struktury udziałowej — przekonuje Wioleta Błochowiak, wiceprezes Electusa.
Jej zdaniem, konflikt interesów może jednak dać o sobie znać, bo samorządy są zainteresowane przede wszystkim zapewnieniem przez szpital opieki zdrowotnej na wysokim poziomie, a nie zyskiem.
— Z ich punktu widzenia takie placówki mogą być instytucjami non profit lub przynosić minimalne zyski. Tymczasem prywatni udziałowcy będą oczekiwali odpowiedniej rentowności zainwestowanego kapitału — dodaje Wioleta Błochowiak.
Zero dywidendy
Nie wszystkie zasady prywatyzacji szpitali zostały już przez rząd ustalone — spierają się o nie resorty finansów i zdrowia. Jak dowiedział się „PB”, Jacek Rostowski, minister finansów, skrytykował rozwiązania forsowane przez minister Ewę Kopacz i przedstawił premierowi znacznie bardziej liberalne własne propozycje.
— W projekcie Ministerstwa Zdrowia leżącym obecnie w Sejmie znajduje się kilka dobrych pomysłów. Są w nim jednak i takie rozwiązania, na które Ministerstwo Finansów nie może się zgodzić — mówi rozmówca „PB” związany z resortem finansów.
Resort zdrowia proponuje, by pracownicy szpitali otrzymali za darmo 15 proc. udziałów w nowo powołanych spółkach. Jacek Rostowski chce, by mogli na preferencyjnych zasadach kupić dodatkowe 15 proc. Kolejny spór toczy się o wypłatę dywidendy. Projekt przewiduje, że wypracowane po komercjalizacji zyski szpitalnych spółek mają pójść na cele statutowe. Ministerstwo Finansów się z tym nie zgadza.
— Brak możliwości wypłaty dywidendy odstraszy od inwestowania w publiczną służbę zdrowia. To zarząd spółki powinien decydować, na co przeznaczyć wypracowany zysk — twierdzi Adam Rozwadowski.
współpraca: Agnieszka Berger
Tylko demonopolizacja uzdrowi zdrowie
Paweł Kalbarczyk
Przekształcenie samodzielnych publicznych zakładów opieki zdrowotnej w spółki prawa handlowego jest krokiem w dobrym kierunku. O tym, czy należy umożliwić ich pełną prywatyzację, czy też kontrolę powinny zachować samorządy, można dyskutować, ale pewnie będzie trudno znaleźć kompromis.
Pełna prywatyzacja to rozwiązanie uzasadnione ekonomicznie, które świetnie sprawdziło się w segmencie lecznictwa ambulatoryjnego, umożliwiając jego dynamiczny rozwój. Prawdopodobnie zdałoby też egzamin w przypadku szpitali. Utrzymanie samorządowej kontroli z pewnością spowolni reformę i odsunie w czasie jej pozytywne skutki, ale jej nie uniemożliwi. Znajdą się inwestorzy gotowi przystać również na takie warunki. To kwestia ułożenia sobie współpracy z samorządem m.in. w zakresie polityki inwestycyjnej i kadrowej.
Żeby jednak reforma w ogóle mogła dojść do skutku, nie wystarczy przekształcenie szpitali w spółki. Konieczny jest drugi krok — zniesienie monopolu płatnika. W obecnych realiach Narodowy Fundusz Zdrowia, jako monopolista, ma wyłączność na decydowanie o przetrwaniu tej lub innej placówki. Nie ma to nic wspólnego z mechanizmami rynkowymi, efektywnością ekonomiczną czy jakością usług. Dopóki to się nie zmieni, nie ma szans na uzdrowienie służby zdrowia.
Jacek
Kowalczyk