Po majowo-czerwcowej lawinie spadków bykom udało się powstrzymać marsz niedźwiedzi, dziarsko zmierzających do wrześniowych dołków ustanowionych po ataku Osamy bin Ladena na symbole amerykańskiej potęgi. Końcówka lipca przynosiła najgorsze dane z możliwych do wyobrażenia — zarówno ekonomiczne, jak i polityczne (utrata zaufania do spółek oraz do rządu największej potęgi gospodarczej świata). Czy można było sobie wyobrazić, że w takich warunkach dojdzie do ponad 20-proc. wzrostu na giełdach amerykańskich, będących barometrem dla pozostałych parkietów? Żadne fundamentalne argumenty nie pozwalały odpowiedzieć na to pytanie twierdząco. Przypomnijmy atmosferę tamtych dni.
W Polsce rząd zwiększył przyszłoroczny deficyt z 40 do 43 mld zł i tego samego dnia gabinet Leszka Millera nagle opuszcza Marek Belka, minister finansów. Stuprocentowym kandydatem na objęcie stanowiska jest Grzegorz Kołodko, znany nie tylko z pomysłu wprowadzenia podatku od inwestycji giełdowych, ale przede wszystkim z wcześniejszych zapowiedzi zdewaluowania złotego i ustanowienia sztywnego kursu złotego wobec euro. Banki obniżają prognozy zysku po upadku Stoczni Szczecińskiej. Spółki publikują marne dane kwartalne. W USA trwa gremialny odwrót od akcji, spowodowany fałszerstwami księgowymi, a słabym wynikom spółek idą w sukurs korygowane informacje na temat wzrostu gospodarczego.
Na razie argumenty niedźwiedzi są bardziej przekonujące. Amerykanie bronią się jeszcze przed recesją dzięki niskim stopom procentowym, pozwalającym na gremialne zakupy mieszkań, a niskiej inflacji nie będą sprzyjać rosnące ceny surowców i zapowiedź ataku na Irak. Optymizm konsumentów ciągle spada. Podobnie jest u nas. Nasz miniboom mieszkaniowy skończył się z likwidacją ulgi budowlanej. Teraz jeszcze coś kupujemy, żeby je urządzić. Na dobitkę technicy wskazują na poważną barierę podażową na poziomie kilkuletnich formacji głowy i ramion zachodnich giełd. Jej siła ujawniła się na NYSE już we wtorek, gdy spadkowi indeksu towarzyszył wzrost wolumenu o 23 proc. My odbiliśmy się od poziomu 1170 pkt, który można było traktować w lipcu jako potencjalne miejsce na korektę. Teraz znajdziemy tutaj wielu chętnych do zakończenia niefortunnej lipcowej przygody z akcjami. Nasze wskaźniki są już w strefach wykupienia, opory są coraz poważniejsze. Podciąganie i utrzymywanie kursów robione jest na siłę. Założenie, że realizujemy korektę ostatnich spadków, a najprawdopodobniej ją kończymy, będzie najlepszym zabezpieczeniem kapitału.