Zdecydują przepływy

Jacek Zalewski
10-10-2005, 00:00

Wyniki pierwszej tury wyborów prezydenckich nikogo nie zaskoczyły — pewne przejście Donalda Tuska i Lecha Kaczyńskiego do drugiej tury było oczywiste już od wielu tygodni, a jedyną niewiadomą stanowiła liczba głosów (i punktów procentowych) dzieląca obu rywali. Znaczenia prawnego nie ma to żadnego, psychologiczne wręcz ogromne, a jakie praktyczne? Pytanie powszechnie stawiane wczoraj wieczorem natychmiast po podaniu sondażowych wyników brzmiało — ile dodatkowych głosów uda się każdemu z kandydatów przechwycić w drugiej turze? Zakładamy oczywiście, że wczorajsi zwolennicy Tuska i Kaczyńskiego w zdecydowanej większości pójdą ponownie do urn 23 października oraz że pozostaną przy swoich zdaniach.

Jeśli historia ma być nauczycielką życia, to dzisiejszą sytuację należałoby odnieść do przebiegu wyborów w roku 1995 i pamiętnego starcia Lecha Wałęsy z Aleksandrem Kwaśniewskim. Przypomnijmy, że wówczas w pierwszej turze Kwaśniewski wygrał o 358 tys. głosów, a w pro- centach 35,11 do 33,11, czyli równiutko o 2 pkt proc. W drugiej turze każdy z kandydatów zebrał o ponad 3 mln głosów więcej, przy czym przepływy elektoratu do Kwaśniewskiego okazały się bardziej obfite. Nie tylko utrzymał przewagę nad Wałęsą z pierwszej tury, ale zwiększył ją do 646 tys. głosów, co w procentach wyraziło się 51,72 do 48,28.

Zasadnicza różnica między wyborami 1995 i 2005 polega na tym, że dziesięć lat temu elekcja prezydenta nie nakładała się terminowo z wyborami parlamentarnymi i pierwsza tura traktowana była jako rozpoznawcza, bez całego tego obciążenia związanego z tworzeniem rządu. I obaj kandydaci, i wyborcy zdawali sobie sprawę, że wszystko rozstrzygnie się dopiero w turze drugiej. Dopiero na dwa rozstrzygające tygodnie sztaby zmieniły hasła, plakaty i spoty wyborcze, również dopiero wtedy zorganizowano bezpośrednie debaty telewizyjne z udziałem obu rywali.

Dlatego z pewnym zdumieniem obserwowaliśmy zacięty finisz kampanii przed wczorajszym głosowaniem. Odświeżenie wizerunków Tuska i Kaczyńskiego oraz ich haseł nastąpiło już w poprzedni weekend, a przecież teoretycznie powinno nastąpić dzisiaj lub jutro. W końcówce kampanii zajadłość — może mniej samych kandydatów, a bardziej ich sztabowców — osiągnęła takie rozmiary, że trudno sobie wyobrazić, jakie jeszcze ciężkie działa wytoczą przeciw sobie w najbliższych dwóch tygodniach. A na pewno wytoczą, jako że do „zagospodarowania” jest kilka milionów wolnych głosów. Ten, komu się uda przejąć ich więcej, złoży 23 grudnia w południe przysięgę prezydencką...

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Jacek Zalewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Zdecydują przepływy