Żelki dają im żyć

Katarzyna Bohdanowicz
18-10-2006, 00:00

Od ręcznej produkcji galaretek do nowoczesnego przedsiębiorstwa. A wszystko bez złotówki kredytu.

Bajkowa nazwa to nie przypadek, lecz element filozofii przedsiębiorstwa.

— 3 Topole dlatego, że mamy trzy topole z tyłu zakładu. Na dodatek sformułowanie „Firma cukiernicza 3 Topole, Dziekanów Leśny, ulica Czerwonego Kapturka 2” jest takim ładnym ciągiem. Gdy gdzieś podaję nazwę firmy, wszyscy są od razu pozytywnie nastawieni — śmieje się prezes Luksza.

Strzał z żelków

Zbigniew Luksza ukończył SGPiS i pracował tam przez cztery lata. Otworzył nawet przewód doktorski. Jednak konieczność życiowa zmusiła go do zmiany planów. Był rok 1984.

— Narodził się syn, trzeba było szukać środków na utrzymanie rodziny. Sporo ludzi odeszło wtedy z uczelni, szukało pomysłu na życie w biznesie — opowiada prezes Luksza.

Zaczynał sam, własnoręcznie produkując galaretki i sprzedając je na bazarach. Potem przez pewien czas pracował z bratem. Po paru latach poszukiwań zdecydował się na produkcję żelków. Sporo podróżował, z każdej podróży zagranicznej przywoził ciekawe wzory i starał się je wdrażać w zakładzie. Przełomem dla firmy był zakup pierwszego dużego urządzenia do produkcji żelków w 1989 r. Dzięki temu mała firma rodzinna przekształciła się w nowoczesny zakład o uznanej pozycji na rynku. Obecnie oprócz żelków, które stanowią około 80 procent produkcji, firma wytwarza ptasie mleczka, galaretki agarowe i pektynowe. Dlaczego żelki?

— Galaretki i żelki to podobne produkty, żelki jednak są technologicznie zdecydowanie bardziej zaawansowane. Poza tym to wyrób cukierniczy, który ma bardzo dobrą koniunkturę na rynku ze względu na niższą kaloryczność — wyjaśnia Maria Luksza, żona prezesa.

Żelki okazały się strzałem w dziesiątkę. Ich produkcja jest niełatwa, co już na starcie wyeliminowuje część konkurencji. Powód jest prosty: to produkcja brudna — mokra i pylista; jeśli ktoś chce np. produkować czekoladę, musi to robić w oddzielnym zakładzie. Wielkie koncerny nie kwapią się do produkcji żelków.

— W Polsce z dużych zakładów samodzielną produkcję prowadzi tylko Jutrzenka oraz jeszcze ze dwie — trzy firmy prywatne, do których my się nieskromnie zaliczamy — wyjaśnia prezes.

Zbigniew Luksza podkreśla, że cały rozwój przedsiębiorstwa dokonał się bez złotówki kredytu. Niedawno firma kupiła drugi zakład, w Legionowie. Do końca roku pierwsza produkcja z tego zakładu trafi na rynek.

Postawili na jakość

Firma ma certyfikat jakości ISO-9001 oraz certyfikat rosyjski.

— Do certyfikacji zaczęliśmy przymierzać się w 2001 r., nie była ona wymuszona przez żadną firmę zewnętrzną. Traktowaliśmy ją jako sposób podnoszenia jakości zarządzania. Zaczęliśmy mieć problemy z ręcznym sterowaniem, metodę wyjścia upatrywaliśmy we wdrażaniu procedur „isowych”. To nam pomogło zorganizować firmę, poprzydzielać zadania, dostrzegać problemy, sposoby ich rozwiązywania. Okazuje się też, że ta certyfikacja pomogła nam w rozmowach z kontrahentami — nie kryje dumy prezes.

Nie wszystko jednak układało się pomyślnie.

— Mieliśmy wzrosty 20-30-procentowe, ale też kilka kryzysów. W 1998 r. kryzys rosyjski. Jakoś to przetrwaliśmy, choć byliśmy bardzo mocno związani z tym rynkiem. Później, w 2001 r., krótkotrwały na szczęście kryzys żelatynowy. Po kryzysie żelatynowym postanowiliśmy, że nie obniżamy ceny tak jak wszyscy, tylko wręcz podwyższyliśmy, natomiast wykorzystaliśmy całą naszą wiedzę do poprawy jakości. Nie będziemy konkurować z firmami garażowymi — podkreśla prezes.

Firma eksportuje swoje towary przede wszystkim do Rosji, choć także do innych krajów. W produkcji krajowej sprzedaje wyroby głównie przez wyselekcjonowane dobre hurtownie. Swoistym paradoksem jest to, że marka Figle Migle, pod którą firma produkuje żelki, jest wciąż jeszcze w Polsce słabo rozpoznawalna.

— To jest marka, o którą chcemy powalczyć. Wszyscy mówią, że te żelki są bardziej znane w Moskwie niż w Warszawie, ale to wynika z tego, że nie mamy specjalnie rozbudowanej sieci dystrybucyjnej — mówi prezes Luksza.

Pieniądze szczęścia nie dają

Zbigniew i Maria Lukszowie mówią o sobie „SGPiS-owskie małżeństwo”, ponieważ poznali się jeszcze na studiach. Dziś nie mają zbyt wiele czasu dla siebie. Większość tygodnia, od rana do wieczora, spędzają w zakładzie, nadzorując produkcję. W wolnych chwilach lubią spotykać się z rodziną, co roku jeżdżą na narty. Zbigniew Luksza lubi czytać, interesuje się też sportem: sponsoruje drużynę pingpongową w podwarszawskich Łomiankach, sam od czasu do czasu bierze udział w turniejach. Mimo braku czasu jest szczęśliwy.

— Mam dużą satysfakcję z tego, co zostało zrobione. Nie przeze mnie. Przez wszystkich tu pracujących. To nie jest, broń Boże, mój sukces! To jest sukces nas wszystkich! Czy na pewno będzie pani pamiętała to podkreślić? — dodaje.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Katarzyna Bohdanowicz

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Strona główna / Żelki dają im żyć