Panika nie popłaca. Przekonali się o tym ci, którzy naprędce wyprzedawali naszą walutę w ubiegłym tygodniu. Skutów nie przynosi także inwestowanie pod wpływem emocji. O tym dowiedzieli się ci, którzy ostatnio tłumnie szturmowali kantory, myśląc, że zrobili interes życia. Rynek zawsze prędzej czy później odzwierciedla fundamenty, likwidując anomalie spowodowane ludzką głupotą. Oczywiście największe pieniądze zarobią ci, którzy je w porę dostrzegą.
Obecnie tematem numer jeden, wspierającym polską walutę, jest kwestia przyjęcia euro. Wczoraj światło dzienne ujrzał szczegółowy harmonogram działań rządu i NBP. Trzeba przyznać, że jest on dość ambitny. Również opozycja tak zawzięcie krytykująca w ostatnim czasie koncepcję euro w 2012 r. jakby stała się bardziej łagodna. Rosną szanse na konsensus, którym będzie przeprowadzenie ogólnonarodowego referendum (niejako przypieczętuje wejście do systemu ERM-II w czerwcu 2009 r.). Paradoksalnie, ostatnie zawirowania wokół złotego sprawią, że rzesza zwolenników szybkiego przyjęcia wspólnej waluty wyraźnie się zwiększy. Pomoże w tym także determinacja działań rządu i zmasowana kampania społeczna.
Tym samym ci, którzy liczą na kolejne wyraźne osłabienie się złotego, mogą się mocno przeliczyć. Można postawić tezę, że każdy najmniejszy ruch w drugą stronę będzie wykorzystywany przez tych, którzy w wyniku ostatnich zawirowań błędnie wyszli z naszej waluty. Aprecjację złotego będzie także wspierać polityka RPP, która wczoraj nie obniżyła stóp procentowych i najprawdopodobniej nie zdecyduje się na takie posunięcie do I kwartału 2009 r. Tymczasem globalna polityka jest dokładnie inna. Euro po 3,40-3,50 zł? To kwestia dni, a nie tygodni.
Marek Rogalski