Menedżerowie zaniżają dane o nieobecności w pracy z powodu choroby. Co wcale nie znaczy, że mają żelazne zdrowie.
Członkowie kadry kierowniczej, choćby mieli paść z przemęczenia albo na zawał, zwykle i tak pojawią się w biurze. Tylko przed wyborami do Sejmu, a głównie zaraz po nich, znacząco rośnie liczba menedżerów korzystających ze zwolnień lekarskich. Dotyczy to zatrudnionych w spółkach skarbu państwa, administracji publicznej, samorządach, a więc tam, gdzie politycy lubią rozdawać posady swoim.
— Gdy zmienia się władza, L-4 jest ich deską ratunku — wyjaśnia Jeremi Mordasewicz, członek rady nadzorczej ZUS i doradca Polskiej Konfederacji Pracodawców Prywatnych Lewiatan.
Im niżej, tym gorzej
Generalnie jednak ze zwolnień lekarskich najczęściej ko-rzystają nie menedżerowie, lecz pracownicy liniowi. Czy zawsze są to absencje uzasadnione?
— Mamy załogę stałą, z długim stażem, sumienną, więc problem z nadużywaniem zwolnień u nas nie istnieje — twierdzi dyrektor finansowo-ekonomiczny gdyńskiej firmy Radmor, oferującej urządzenia elektroniczne.
Nie wszędzie jednal jest tak pięknie. Przykład? Mławskie zakłady LG Electronics — tam absencja chorobowa wynosi 5,5 proc. Kierownictwo chciałoby, żeby spadła do 3 proc. Dlatego nagradza bonusami tych, którzy opuścili najmniej dni w kwartale czy w roku. Nie zawsze jednak przynosi to oczekiwane rezultaty.
— W naszym 30-tysięcznym mieście trudno o wykwalifikowaną kadrę, więc niektórzy fachowcy stosunkowo łatwo korzystają ze zwolnień — przyznaje Daniel Kortlan, dyrektor ds. kadr i płac oraz spraw ogólnych w LG Electronics w Mławie.
Przeciw lewiźnie
Jeremi Mordasewicz zauważa, że masowe nieobecności w pracy ustają w okresie dużego bezrobocia. Kiedy zaś sytuacja na rynku zatrudnienia wraca do normy, pracownicy znów są częściej na L-4. Tak jest obecnie, w związku z niedoborem specjalistów.
— Chociaż i tak jest dużo lepiej niż w latach 90. — podkreśla Jeremi Mordasiewicz.
Jak ukrócić zjawisko lewych zwolnień lekarskich? Lewiatan proponuje, aby pierwsze trzy dni choroby były niepłatne.
— Wtedy niejeden pracownik dwa razy by się zastanowił, nim zdecydowałby się na symulowanie niedyspozycji zdrowotnej — uważa Jeremi Mordasewicz.