Bakcyl poznawania świata

opublikowano: 25-04-2019, 22:00

Trener zapaśników, poliglota, jogin, podróżnik, logistyk. I jeszcze jedno: Tadeusz Chmielewski, polski menedżer, wykupił od zagranicznych inwestorów spółkę, którą wcześniej dla nich zarządzał.

„Będzie fajnie! Obozy będą i wyjazdy zagraniczne!” — tak pod koniec lat 70. ubiegłego stulecia dwóch bliskich kolegów namawiało nastoletniego Tadeusza Chmielewskiego na pierwszy trening zapasów klasycznych. Zgodził się. Co go skusiło? Mglista obietnica podróży.

Wyświetl galerię [1/2]

Fot. Marek Wiśniewski

— Spodobałem się trenerowi. Po kilku miesiącach nauki tego sportu usłyszałem: „Polecisz do Budapesztu na zawody” — wspomina Tadeusz Chmielewski.

Tym sposobem w 1980 r. siedemnastolatek z Warszawy, po niezbyt długiej pierwszej podróży samolotem, stanął na zagranicznej ziemi — również po raz pierwszy.

— Budapeszt zrobił na mnie ogromne wrażenie, taki inny od szaroburej Warszawy. Oświetlony, kolorowy i stary, bo nie został zrujnowany w czasie II wojny światowej. Oniemiałem. Do dziś wracam do Budapesztu z sentymentem. Chyba wtedy złapałem bakcyla — wspomina biznesmen. Sportowego?

— Poznawania świata przez podróże — śmieje się Tadeusz Chmielewski.

Trener z Poloneza w Ładzie

Przez ponad pięć lat tłukł się po zapaśniczych matach. Z sukcesami. Największym było czwarte miejsce na mistrzostwach Polski juniorów do lat 20. Ówczesne zainteresowania miały ewidentny wpływ na wybór ścieżki edukacji: wydział trenerski na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie.

— Jak mawiają: „sport to mord”. Powoli doszedłem do wniosku, że w zapasach najbardziej lubię wyjazdy. Bardziej niż treningi dwa razy dziennie — ujawnia były zawodnik.

Warto przypomnieć, że młodym ludziom z globtroterskimi zapędami nie było łatwo w latach 80. Wielokrotne starania o paszport paliły na panewce. Raz za razem brak zgody. W końcu dostał paszport… wybrakowany.

— Uprawniał do wyjazdu do tak zwanych demoludów — uśmiecha się biznesmen.

Jak się nie ma, co się lubi, to się jedzie tam, gdzie paszport pozwala. Rezultat? Około 20 wyjazdów do ZSRR. Taszkient, Duszanbe, Armenia, Gruzja, Leningrad, Moskwa… Podróże po kolejnych republikach ówczesnego ZSRR ujawniły pewne zdolności młodego Polaka: z łatwością uczył się języków.

— W niektórych republikach myśleli, że jestem Rosjaninem, bo mówiłem lepiej po rosyjsku od autochtonów — wspomina Tadeusz Chmielewski.

Odkryty gdzieś w armeńskich ostępach talent zaowocował tym, że dziś Tadeusz Chmielewski bez problemu porozumiewa się nie tylko po polsku i rosyjsku, ale także po angielsku, niemiecku i włosku. Angielski szlifował w 1988 r., kiedy — tuż po otrzymaniu paszportu z wymarzoną adnotacją „wszystkie kraje świata” — wyjechał na saksy do Holandii.

— Część moich kolegów już od dawna była za granicą. W USA czy Kanadzie pracowali lub prowadzili swoje biznesy — dodaje przedsiębiorca.

Holandia to dla Tadeusza Chmielewskiego czas pracy w hurtowni cebulek kwiatowych. Firma skupowała je od miejscowych producentów, pakowała i wysyłała w świat. — Tam po raz pierwszy liznąłem logistykę — podkreśla biznesmen.

Sprzątał też przystanki autobusowe.

— Wtedy pensja w Polsce wynosiła mniej więcej 25 dolarów. Ja zarabiałem znacznie więcej — przyznaje Tadeusz Chmielewski.

Mniej niż rok pracy wystarczył na prawie nową Ładę 2107 i pewność, że chce pracować u siebie, nie dla kogoś.

— Wróciłem do Polski. Bez przerwy myślałem o własnym biznesie. Wtedy w modzie był handel, import komputerów czy ubrań. Mnie bardziej interesowała produkcja. Być może dlatego, że moi rodzice hodowali kiedyś kwiaty. Za komuny to był intratny interes. Chodziłem i myślałem, a w tym czasie moi koledzy otwierali kolejne biznesy — wspomina przedsiębiorca.

Zanim idea przekuje się w czyn, a tym bardziej w sukces, trzeba z czegoś żyć. Wykorzystując wykształcenie i sportowe doświadczenie, Tadeusz Chmielewski zatrudnił się na etacie trenera w warszawskim klubie Polonez.

— Szybko się okazało, że moja pensja ledwo starcza na benzynę do Łady. A potrzeby miałem większe niż tylko dojazdy. Byłem już żonaty. W 1989 r. na świat przyszedł mój syn — mówi biznesmen.

Szczypiorek w Kapsztadzie

Mniej więcej w tym czasie wystartowała przebudowa warszawskiego lotniska Okęcie. Kontrakt zdobył niemiecki koncern budowlany Hochtief. Problem w tym, że w Polsce wszystkiego wówczas brakowało i trzeba było sprowadzać nie tylko zaawansowane systemy sterownicze, ale nawet stal, farby czy koparki. Hochtiefowi potrzebny był człowiek, który ogarnie sprawy związane z importem i cłem, a Tadeusz Chmielewski dobrze znał niemiecki i angielski.

— Sąsiadka rodziców, która była wówczas urzędniczką w urzędzie celnym, namówiła mnie, żebym poszedł do pracy w spółce, która budowała nowy port lotniczy. Pojechałem, dostałem pracę, zacząłem w marcu 1990 r. Ale bez przekonania. Była to praca dla kogoś, a ja chciałem u siebie — przypomina przedsiębiorca.

Budowa nowego terminalu zakończyła się po dwóch latach, ale ludzie z Hochtiefa byli tak zadowoleni ze współpracy z Tadeuszem Chmielewskim, że w międzyczasie zarekomendowali go do pracy w Rohligu, który podpisał umowę na pełną obsługę logistyczną projektu.

— Dobrze znałem tę firmę, bo była odpowiedzialna za logistykę kontraktu — twierdzi przedsiębiorca.

Rohlig (Poland) był spółką joint venture (notabene jednym z pierwszych w Polsce takich przedsiębiorstw): Elektrimu Warszawa, Lotu, ZTE Radom i niemieckiej firmy Rohlig Continental.

— Rohlig miał już wtedy umowę z amerykańską spółką Westinghouse na obsługę dostaw do Polski całego wyposażenia radarowego dla odradzającego się lotnictwa cywilnego, w tym dla Okęcia. Zostałem odpowiedzialny za te operacje — wspomina Tadeusz Chmielewski.

Na głodnym profesjonalnych usług logistycznych polskim rynku lat 90. operatorzy mieli złote żniwa. Dwucyfrowe wzrosty były na porządku dziennym. Rósł również Rohlig. Szybko pojawił się duży kontrakt dla spółki Mars Polska, która właśnie wybudowała fabrykę w Sochaczewie.

— Tak w naszej ofercie pojawiły się usługi magazynowe. Wynajęliśmy powierzchnię i zaczęliśmy szybko rosnąć. Chciałem mocno rozwijać logistykę i dystrybucję, ale to nie było po myśli niemieckiej centrali — twierdzi Tadeusz Chmielewski.

Spółka matka z konserwatywnej północy Niemiec koncentrowała się na biznesie lotniczym i morskim. Jej władze nie były skłonne inwestować w logistykę i dystrybucję. Tymczasem polskie realia tamtego czasu były takie, że miejscowi kontrahenci bardziej potrzebowali usług lokalnych, ewentualnie europejskich (w jakich chciał się specjalizować polski oddział) niż międzykontynentalnych (będących domeną Rohliga).

— Istniało niebezpieczeństwo, że Niemcy zechcą się z Polski wycofać. Mieliśmy zupełnie inne plany rozwoju. Nasze wyniki były przyzwoite jak na polskie warunki, jednak 4 mln zł sprzedaży w 1994 r. nie robiło wrażenia na centrali — przyznaje Tadeusz Chmielewski.

Na szczęście restrukturyzacja działalności Rohliga skupiła uwagę jego władz na innych rynkach. Polsce dano szansę.

— Również mnie ją dano. Zostałem dyrektorem generalnym. Miałem 31 lat. Pamiętam, że na pierwszym firmowym zjeździe szefów poszczególnych oddziałów byłem najmłodszy. Wśród 50-latków czułem się jak szczypiorek. Szybko jednak znalazłem z nimi wspólny język — mówi biznesmen.

Własny Rohlig

W 1999 r. zarząd Elektrimu postanowił, że firma będzie się zajmowała wyłącznie energetyką i telekomunikacją. Reszta pójdzie na sprzedaż. Rohlig Polska jako joint venture był właśnie taką resztą. Niemcy chcieli odkupić udziały, ale zanim to zrobili…

— Wiedziałem, że jeden z naszych dyrektorów generalnych — szef oddziału w Afryce Południowej — ma w tamtejszej spółce 25 proc. udziałów. Ruszyłem do Niemców, mówiąc, że ja też chcę, że zawsze marzyłem o pracy w swojej firmie itd. Zgodzili się. Rok negocjowałem z kancelarią wynajętą przez niemieckiego udziałowca. Skończyliśmy na 100 stronach tekstu. W ten sposób w jednej czwartej pracowałem już u siebie — wspomina Tadeusz Chmielewski.

Trzy czwarte polskiego Rohliga wciąż należało do Niemców. W takim schemacie spółka wjechała do UE. W 2004 r. sprzedaż wynosiła już 170 mln zł, a zatrudnienie przekraczało 200 osób.

— W 2005 r. przyszło spowolnienie, które przywiało inwestora do gabinetu większościowych właścicieli firmy. Duży gracz chciał odkupić Rohliga w naszym kraju. Oferta była ciekawa. Zaproszono mnie, jako dyrektora generalnego w Polsce i udziałowca, na spotkanie. Powiedziałem, że to zły pomysł i jednocześnie złożyłem kontrpropozycję: Ja odkupię! — ujawnia biznesmen.

Na opis przebiegu negocjacji potrzeba znacznie więcej miejsca, niż jest w całym „PB Weekendzie”. Dość wspomnieć, że dzięki uporowi i finansowaniu z ING w 2006 r. Tadeusz Chmielewski stał się właścicielem firmy, którą rozwijał, a dzięki opłacie licencyjnej mógł zachować nazwę i — co najistotniejsze — pozostać w światowej sieci połączeń Rohliga. Wykupienie kapitału zagranicznego przez kapitał polski zdarza się niezwykle rzadko. Z reguły mamy do czynienia z odwrotną sytuacją. To zagraniczne firmy nabywają polskie przedsiębiorstwa. W takim świetle przejęcie przez Tadeusza Chmielewskiego firmy z niemieckim kapitałem jest znacznym osiągnięciem. Dlatego postanowił je zaznaczyć. Nazwa firmy się zmieniła — do Rohliga dołączył Suus (z łaciny: swój). Tak w 2009 r. powstał „własny Rohlig”, czyli Rohlig Suus.

— Do dziś pamiętam powrót do domu tuż po tym, jak z dumą oświadczyłem: Ja odkupię! Spociłem się ze strachu. Byłem pełen obaw. Na szczęście szybko minęły, kiedy zdałem sobie sprawę, że będę na upragnionym swoim — wspomina biznesmen.

To był najtrudniejszy moment? Tak myślał, dopóki nie postanowił rozwijać własnej sieci dystrybucji krajowej. Wystarczy nadmienić, że własną sieć ma w Polsce tylko trzech, poza Rohligiem, operatorów. Powód? Ogromne ryzyko. Zanim sieć wystartuje, trzeba ją zbudować. A to oznacza magazyny, połączenia, ludzi. To wszystko musi istnieć, zanim pojawi się masa towarów, która na tę sieć zarobi. Dlatego nawet duzi rzadko się na to decydują.

— Były lata, że strata na transporcie krajowym wynosiła kilka dobrych milionów złotych rocznie. Teraz jesteśmy na drugim biegunie i o sieć jestem spokojny. Ale przyznaję, zdarzyły się momenty, w których myślałem o wycofaniu się, zanim straty nas pogrążą — ujawnia Tadeusz Chmielewski.

Dziś Rohlig Suus jest jednym z czołowych operatorów logistycznych w kraju, oferujących kompleksowe rozwiązania w zakresie spedycji i logistyki. Prowadzi działalność w 24 biurach sprzedażowo-operacyjnych w Europie Środkowej, realizuje operacje logistyczne w 200 tys. mkw. magazynów i zatrudnia ponad 1,4 tys. pracowników, a sprzedaż w 2018 r. przekroczyła 900 mln zł. To co? Pora odpocząć? Odcinać kupony? Ależ skąd! Po pierwsze, logistyka to branża nieustannych zmian. Jedno oko na poczynania konkurencji, drugie — na wymagania klientów. A poza tym nie samą logistyką Tadeusz Chmielewski żyje. Inne inwestycje? Owszem. Zaangażował się (jako współudziałowiec) w stworzenie kompleksu biurowego o powierzchni 30 tys. mkw. w Warszawie, a także w budowę wielkopowierzchniowych magazynów w Polsce. No i podróżuje.

Interesuje go wszystko — od meksykańskich głębin po najwyższe szczyty. Niezależnie od tego, czy czas wolny spędza na końskim grzbiecie czy na plaży, jego wyjazdy zawsze mają wspólny mianownik. Widać to w przytoczonym fragmencie reportażu, jaki Tadeusz Chmielewski napisał po wyprawie do Indii i opublikował na blogu żony przyjaciela: „Wyjazd do zamkniętego luksusowego kurortu w Indiach niestety niewiele daje, bo równie dobrze możecie jechać do Egiptu czy innego kraju, spędzić czas w wystandaryzowanym luksusie i nic nie czuć. Pełna komercja, która, przeplatając się z luksusem i wszechobecną biedą, pozostawia nie najlepsze wrażenia, po których niechętnie chce się tu wrócić”. On wracać lubi, dlatego wybierze raczej prostą chatę bez wygód niż luksusy. Jeśli pustynia Gobi, to wierzchem. Na wielbłądzie.

— Wytrzymałem jeden dzień… Po kilku godzinach na grzbiecie wielbłąda tyłek bolał nbtak, że resztę dystansu, około 120 km, pokonałem pieszo — żartuje Tadeusz Chmielewski.

Od lat uprawia jogę.

— To nastawiło mnie nieco bardziej duchowo. Joga działa na umysł. Może dlatego nie mam potrzeby kupowania kolejnego auta czy helikoptera? — zastanawia się biznesmen.

To co sobie kupuje? Kilka lat temu kupił ziemię, około 26 ha nieopodal Warszawy. Tworzy tam Karma House. Ekologiczne gospodarstwo i ośrodek wypoczynkowo- -rekreacyjny — 11,5 ha zajmuje ogród botaniczny ulokowany w okowach dwóch rzek. Centralnym punktem, na którym opierają się założenia parkowe, jest system pięciu stawów (największy ma 2,5 ha i wyspę na środku) połączonych kanałami i jazami, które regulują poziom wody. System jest zasilany bieżącą wodą z Jeziorki. Na tym obszarze rosną niezliczone gatunki drzew, krzewów i kwiatów. Uzupełnieniem flory są dzikie zwierzęta, które się zadomowiły.

— Udało się nam zaobserwować kilkadziesiąt gatunków ptaków, sarny, dziki, bobry, lisy, a nawet bardzo rzadkie w dzisiejszych czasach żółwie błotne. Jak na prawdziwą farmę przystało, mamy też zwierzęta hodowlane, w tym drób różnego gatunku i maści oraz stado królików, które biegają po całym terenie — opowiada Tadeusz Chmielewski.

Drugą część przedsięwzięcia stanowi strefa sportowa, w której dostępne są już dwa korty tenisowe, a w tym roku powstanie również golfowy driving range. W bezpośrednim sąsiedztwie będzie dom klubowy o powierzchni ponad 1000 mkw. W budynku znajdą się pokoje gościnne, sale: klubowa, konferencyjna i do jogi oraz otwarta kuchnia integracyjna. Będą w niej prowadzone zajęcia kulinarne m.in. w formule farm-to-table z wykorzystaniem warzyw i ziół uprawianych na miejscu. To bardziej hobby czy biznes?

— Jeszcze nie mam co do tego pewności — przyznaje Tadeusz Chmielewski.

A co do czego ma pewność? Po pierwsze do tego, że nie przestanie rozwijać „własnego Rohliga”, a po drugie?

— Nie przestanę podróżować. Właśnie szykuję się na kolejną wyprawę. Tym razem wraz z grupą przyjaciół zdecydowaliśmy się na GR20 [180-kilometrowy, wymagający szlak pieszy na Korsyce — red.]. Kiedy tylko uspokoi się sytuacja polityczna w regionie, podejmiemy się też wejścia na lodowiec Baltoro w Katmandu — ujawnia Tadeusz Chmielewski.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: MARCIN BOŁTRYK

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy