Bezdroża pod napięciem

Marta Nowak
25-05-2007, 00:00

Wojskowy samochód. Wertepy. Kurz, insekty. I bieda. Dramat fascynujących ludzi.

Choć relikty starożytności — począwszy od masowo rozkradanych ruin Babilonu — kuszą globtroterów, oblicze Iraku to pustynne bezdroża i przygnębiająca codzienność zrujnowanych wiosek.

Trudno tu wjechać: mnie, dziennikarce współpracującej z wojskiem, jednak się udało. Zahaczyłam też o Iran.

W polu rażenia

Lotnisko w amerykańskiej bazie Cedar, 160 km od Diwaniyi, to niemal magiczne miejsce dla wylatujących do kraju żołnierzy, którzy w Iraku służyli w pokojowych misjach. Na transportowce do Polski kolejną dobę czekają zarówno oficerowie, jak i koczujący cywile z firm serwisowych. Zabijają czas grą w karty na polowych łóżkach w potężnym namiocie przy lądowisku. Przeprawiali się do Cedar przez kilka dni, korzystając — przy dozie szczęścia — z podwózki konwojem z częściami zamiennymi. Ten lokalny autostop — dla sympatyków armii i grona współpracowników wojska — to platforma zdezelowanej ciężarówki, gdzie za siedzisko służy 15-kilogramowy worek z piaskiem, położony na wąskiej desce. Tumany kurzu nie pozwalają na dokładną obserwację drogi, nie mówiąc już o wyciągnięciu aparatu. Na pace — ponad dwie setki worków, poukładanych do wysokości półtora metra. W razie zagrożenia pełnią funkcję ochronną.

— Wszyscy plackiem na podłogę i żadnych niepotrzebnych ruchów! — poucza kierowca jak zachować się w sytuacji patowej.

Siedzący obok oficerowie, kurczowo ściskający kolby beryli i nerwowo obserwujący okolicę, skutecznie studzą moje emocje. Najważniejsze: zachować czujność. Bo strzały mogą paść w każdej chwili — przeszkoda na drodze, np. pocisk artyleryjski, zatrzymuje samochód tam, gdzie chcą napastnicy: w polu rażenia miny zdalnie odpalanej. Pozorantem może być nawet dziecko, przechodzące przez drogę. Stąd wszędobylskie patrole ochrony. Robią wrażenie: opancerzone blachami honkery, pojazdy łączności naszpikowane siecią anten, hummery z polowymi łóżkami, służącymi za nosze. Konwoje ciężarówek i pojazdy ochrony bez skrupułów spychają na pobocze cywilne auta z sąsiedniego pasa.

Panoramy

Bezdroża Bliskiego Wschodu… Jazda nie dla wydelikaconych: nie nadąża się z przecieraniem okularów z kurzu, twarz osłonięta czymś na kształt bawełnianej pieluchy (chroni też przed połknięciem ohydnych insektów). Wielbłądzie pająki — wielkości dziecięcej pięści, doskonale wtapiające się w podłoże skorpiony... W tle — bezmiar pustyni, monolity czerwonej bądź żółtej ziemi, z pojedynczą palmą nad korytem rzeki.

Często jedynym punktem odniesienia jest migające po drodze stado pasących się kóz. Patrolowe śmigłowce, w tym nasze migi i sokoły, przecinają niebo, dostrzegając z góry wszystko na tej odsłoniętej, ubogiej w zieleń ziemi. W końcu mijamy miasteczko, zabudowane solidnymi domami z maleńkimi oknami. Ale o zrobieniu tu zapasów żywności nie ma co marzyć… No i te wąskie uliczki — wszędzie na świecie romantyczne, ale nie tu. Bo łatwo w nich zablokować wojskowy wóz.

Śmietnik tętniący życiem

Mój cel — przeprawa przez granicę z Iranem, nieopodal Zatoki Perskiej. Po sześciu dniach jazdy przez wertepy rozklekotaną terenówką, schudłam ponad pięć kilo. Bezmiar przestrzeni do pokonania nie pozwalał na dokładną rachubę czasu. Nie dano mi się nawet porządnie wyspać — ciągły poziom gotowości nie pozwalał na zdjęcie z krzyża plecaka. Dwudziestokilogramowego, bo dobry ekwipunek to podstawa. Odkryciem okazała się ładowarka do komórki na korbkę (test cierpliwości, wymagający wielominutowego kręcenia). Telefon się przydaje, jeśli mamy szczęście pozostawać w zasięgu (okolice głównych miast, a w Iranie — jedynie północ kraju). SMS-y z pustyni idą do Polski przez 2-3 doby i to tylko wtedy, gdy sygnału nie zagłuszają wojskowe radary. Ale najważniejszy pozostaje śpiwór. Niestety, mój rychło się zniszczył. Został wyrzucony już w Republice Islamskiej Iranu, ku uciesze licznych mieszkańców wysypisk śmieci (do 30 tys. ludzi na wysypisku!).

Owa zróżnicowana etnicznie społeczność, zintegrowana jak nigdzie indziej po obu stronach iracko-irańskiej granicy, latami nie opuszcza śmietnikowych enklaw, tworząc specyficzne komuny sunnicko-kurdyjsko-afgańskie. Tam rodzą się dzieci nieznające innego życia, najstarsi uczą młodszych umiejętności i fachów, jakie wykonywali za młodu — od krawiectwa, przez garncarstwo, po naukę czytania. Allah łączy ich wszystkich w świątyni, do której w piątek rano przywołuje mułła upiorną dawką decybeli, powtarzając islamskie pozdrowienie.

Nalewka na kościach

Miasta przyciągają szczury. Zwłaszcza osady irańskie po trzęsieniach ziemi. Ludzie… Setki obłąkanych biedaków, mieszczących cały dobytek w kieszeniach sparciałych spodni, kręcą się tam w kółko, bez celu. Otępiali mieszają się z agresywnymi, lecz jedni i drudzy oczekują pomocy, benzyny, ubrań, jedzenia. Ogłuszeni wybuchami min, rumorem walących się domów, zrozpaczeni po stracie rodziny. Chronią się, w największe upały, w rumowiskach, nieuprzątanych od lat. Dzieci bawią się w wojnę. Niektóre widziały egzekucje, też na szubienicach, czego w Iranie nie zaniechano do dziś.

Urzeka zaradność najbiedniejszych — robią buty z najdostępniejszego tworzywa, czyli starych opon, sukienki i nosidełka dla niemowląt z ciekawie udrapowanych firanek. Widziałam dzieci rozbierające wrak wołgi, by błotnikiem odbijać dekle — kto dalej. Wciągająca zabawa, szczególnie, gdy dekiel odbity od ściany rumowiska wraca jak bumerang... I przydrożnych handlarzy, rozkładających ubogą ofertę — nalewki na kościach ptasich, ponoć skuteczne na bóle stawów, liście betelu do żucia czy afrodyzjaki: proszek z poroża i suszonych jąder — wolałam nie wnikać, czyich?

Turystyczne hieny

Na Bliskim Wschodzie nie brakuje amatorów strzelaniny do ruchomych celów, łaknących przeżyć podpatrzonych w telewizji, w migawkach z wojny w Iraku czy Strefie Gazy. Europejczycy, Amerykanie, Rosjanie w klimatyzowanych vanach za tysiące dolarów ekscytują się oglądaniem przemocy na żywo...

Ofert tej „turystyki”, bardzo dochodowej dla organizatorów, próżno szukać wśród oficjalnych stron internetowych. W Izraelu uczestnicy takich eskapad lądują potem w pięciogwiazdkowych hotelach — tańczą na dancingach i zażywają innych rozkoszy. Ale w Iranie raczej nie mają co liczyć na dodatkowy pakiet. Za to mogą, jak ja, trafić na „arabską ucztę” u lokalnych kucharzy.

Każdą potrawę zajada się tam, używając jedynie prawej ręki (lewa służy do rzeczy nieczystych) — osobliwa ekwilibrystyka, nie dla estetów, zwłaszcza gdy je się sos fasolowy palcami, w akcie desperacji pomagając sobie zdrewniałymi skórkami owoców, z których można zrobić „łyżeczkę-podbierak”.

Refleksyjnie

Każda wyprawa na Bliski Wschód uczy pokory. Widując okrucieństwo na co dzień, łatwiej dostrzec prawdziwe wartości. Wielu Irańczyków i Irakijczyków żyje w świecie absolutnych wyborów, spraw ostatecznych. Imponują przyjezdnym przyjaźniami na śmierć i życie, a przede wszystkim wyjątkową ofiarnością — miejscowi lekarze i nauczyciele niemal fanatycznie pomagają dzieciom. Taka codzienność.

Pozdrowienia z czarno-białego świata na tle pustynnej purpury.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marta Nowak

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Transport i logistyka / / Bezdroża pod napięciem