Bieszczady Wojciecha Pyzika

WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK
opublikowano: 28-01-2016, 22:00

WEEKEND W... Właściciel firmy Arkana Cosmetics, Beauty of Science mówi, że bardzo lubi góry. Zaproponował synom przygodę w męskim stylu. Poradzili sobie. Być może połknęli bakcyla wędrówki po zboczach, szczytach i dolinach.

Mam pięcioro dzieci, w tym dwóch chłopców w wieku 10 i 12 lat. Chciałbym je zarazić miłością do natury. Ale chciałbym także wychować synów na śmiałych, samodzielnych facetów, którzy nie baliby się wyzwań. Byliśmy w górach wielokrotnie — w Tatrach, w Beskidzie Sądeckim. W tym roku zdecydowaliśmy się pojechać na prawdziwie męską wyprawę. W Bieszczady. Plecak, karimata, śpiwór, minimum ciuchów, dres, kurtka przeciwdeszczowa, buty lekkie na „po marszu”, trochę prowiantu i woda. Część nieśli chłopcy, resztę — z namiotem — niosłem ja. Czekały na nas szlaki, na których nie spotyka się rzeszy turystów. Przyroda i przygoda.

Podjęte wyzwanie. Zostawiliśmy samochód w Wetlinie i poszliśmy w górę. Na Przełęcz Orłowicza. Dalej Połoniną Wetlińską (czerwonym szlakiem). Wysoko roztacza się wspaniały widok na bieszczadzkie szczyty, wyłaniające się jeden zza drugiego. Poniżej rosną bukowe cieniste lasy. Z połoniną Wetlińską wiąże się wiele legend — o zbójnikach, o partyzantach, o nieistniejących już wsiach i ich mieszkańcach.

Odwiedziliśmy Chatkę Puchatka — najwyżej położone bieszczadzkie schronisko postawione pod samą Hasiakową Skałą. Na koniec zeszliśmy do Brzegów Górnych, gdzie spaliśmy na polu namiotowym. Kąpaliśmy się w strumyku górskim w nocy — było bardzo zimno, około 5 stopni C, ale daliśmy radę.

Uzdrowicielska moc natury. Zaczęło się niezbyt obiecująco. Młodszy syn miał rozstrój żołądka, bolał go brzuch. Dałem mu połowę całego przydziału czekolady, którą zawsze biorę, żeby mieć siłę i zatrzymać rozwolnienie. Ale znaleźliśmy świetny sposób na wyleczenie. Po drodze było mnóstwo mięty. Robiliśmy z niej herbatę, była znakomita. Dodatkowo pomogły nam jagody, których wówczas było dużo. W dwa dni syn był zdrów. To taka metoda: nie rozczulać się, nie dać się słabości, nie brać tabletek — tylko korzystać z tego, co daje natura.

Ludzie na szlaku. Wybierałem trasy niezaludnione, a przez to, jeśli napotkaliśmy jakichś ludzi, były to osoby wyjątkowe. Bardzo pozytywnie nastawione. Na szlaku pod koniec pierwszego dnia spotkaliśmy młodzież, która podzieliła się z nami wodą. Sami nie mieli dużo i nie było w pobliżu żadnego sklepu, ale widzieli chłopców i nie odmówili im. To było budujące. Poznani przez nas ludzie byli zawsze chętni do wsparcia i rozmowy. Synowie też chętnie nawiązywali kontakty, zwłaszcza młodszy, który zagadywał, zadawał zagadki, opowiadał kawały. Na przykład pan Jarek spod Warszawy, który biega ultramaratony górskie. Oprócz tego prowadzi biznes, ale jego pasją jest bieganie po górach. Siedzieliśmy wieczorem przy ognisku i rozmawialiśmy. Mówił o sobie. Kiedy zaczął już na dobre biegać, stwierdził, że rzeczy, które ma, nie są mu potrzebne. Zamienił wielkie mieszkanie na mniejsze, posprzedawał samochody, pozbył się garniturów. Zostawił sobie mniej niż połowę tego, czego używał wcześniej... Była to ciekawa lekcja dla całej naszej trójki. Zwłaszcza starszy syn słuchał tych opowieści z zaciekawieniem.

Innego dnia spotkaliśmy parę biegaczy górskich z Wrocławia, razem mieli 106 lat. Wspólnie uprawiają biegi długodystansowe... i cieszą się życiem. Na co dzień normalnie pracują. Ta znajomość, chociaż mejlowa, trwa do dzisiaj. To była dla nas kolejna lekcja, że ani wiek, ani praca nie muszą być przeszkodą w realizacji pasji. A bieganie to zmaganie się nie tylko ze swoim ciałem, ale też spotkanie z własnym wnętrzem. W otoczeniu natury, pięknych widoków. Właśnie to wyróżniało ludzi, których tam spotykaliśmy: radość życia, pogoda i otwartość.

Biwakowanie i marszruta. Miejsca na nocleg wybieraliśmy raczej dzikie — bez prądu, bez wody. Najwyżej strumień, w którym się myliśmy. Jedyny obowiązek dotyczący higieny to mycie zębów. Reszta była drugorzędna. Nocowaliśmy na leśnych polach namiotowych, w szczerym polu, przy schronisku... Wstawaliśmy o ósmej rano, zjadaliśmy śniadanie, pakowaliśmy się i wyruszaliśmy bez pośpiechu. Szliśmy tak długo, dopóki starczało nam sił. Odpoczywaliśmy po drodze i na ogół docieraliśmy do celu o zmierzchu. Były do wyboru trasa dłuższa i krótsza. Na bieżąco decydowaliśmy, jak daleko idziemy. Czasem chłopcy mieli różne zdanie na ten temat, ale w zasadzie trzeba się było dostosować do tego najbardziej zmęczonego. Kiedy byliśmy już w obozowisku, zasiadaliśmy przy ognisku, czytaliśmy o Bieszczadach (przygotowałem wydruki z informacjami o miejscach, które odwiedzaliśmy), żeby też czegoś się dowiedzieć o tych górach.

Połoniny, szczyty, przełęcze. Wyjście na szlak o godz. 10-11. Na Połoninę Caryńską (czerwonym szlakiem, dalej zielonym, w lewo) i do malowniczo położonej przełęczy pomiędzy grzbietem Połoniny Caryńskiej od południa i zboczami Magury Stuposiańskiej, do Przełęczy Przysłup Caryński. Panorama z Połoniny Caryńskiej jest rozległa, z widocznym masywem Wielkiej Rawki, Połoniny Wetlińskiej i najwyższymi szczytami polskich Bieszczadów z Tarnicą i Haliczem. Spaliśmy na polu namiotowym przy schronisku studenckim Koliba. Gorąco polecam to schronisko, fantastyczni ludzie. Tam dostaliśmy od przypadkowo spotkanej pani najlepszy na świecie dżem truskawkowy. Doszliśmy około godz. 19. Następnego dnia poszliśmy zielonym szlakiem do niebieskiego (skręt w prawo). Na Widełki (punkt przecięcia się szlaków). Dotychczas nie widzieliśmy ani jednego człowieka i przyroda była naprawdę dzika. Stąd niebieskim szlakiem przez Kopę, Połoninę Dźwiniacką, Bukowe Berdo — masyw o trzech szczytach (słowo berdo wywodzi się z prasłowiańskiego br'do, co znaczyło górę, pagórek; pojawia się w wielu bieszczadzkich nazwach). Dalej przez Przełęcz Goprowską na Tarnicę (najwyższy szczyt Bieszczad, z którego rozciąga się bajeczna panorama). Z Tarnicy do Wołosatego (bardzo stara osada, założona w XVI w.). Tu starszy syn był bardzo niezadowolony, bo chciał jeszcze wrócić czerwonym szlakiem do Ustrzyk Górnych, ale już było około godz. 19, a do przejścia prawie dwie godziny. Ale spotkaliśmy dwoje młodych ludzi, którzy na stopa podrzucili nas do Ustrzyk. I wszyscy byli zadowoleni. Ustrzyki to już bardziej zaludnione miejsce. Spaliśmy na polu namiotowym przy schronisku, gdzie młodzież grała na gitarach i śpiewała do późnej nocy. Moi chłopcy od razu zasnęli, a ja dosiadłem się do ogniska. Warto było.

Bycie razem... Przebywaliśmy ze sobą całą dobę. Mieliśmy dużo czasu dla siebie. W ciągu dnia były okresy, kiedy szliśmy razem i rozmawialiśmy. Były też takie, kiedy każdy szedł osobno, we własnym tempie. Mieliśmy czas na rozmowę, na zamyślenie, na kontemplację otoczenia. Każdy z nas przeżywał tę przyrodę i przygodę po swojemu. Po dwóch, trzech dniach rodzi się taka partnerska więź, której na co dzień nie uświadczysz.

...i z przyrodą. Zwierząt nie widzieliśmy zbyt dużo. We dnie są pochowane. Natomiast widzieliśmy ślady. Ale kiedy szliśmy tymi najbardziej dzikimi odcinkami, to miało się świadomość, że one są w pobliżu. W Bieszczadach żyją jelenie, niedźwiedzie, wilki, rysie, żbiki. Orły.

W nocy zwierzęta podchodziły pod obozowisko, ale nie mieliśmy — na szczęście — żadnych incydentów. Tylko góry, połoniny, las, który często tworzył oprawę naszego marszu i chronił nas przed upałem. To była druga połowa sierpnia, trawa na połoninach żółta, o zachodzie słońca czerwona. Te widoki miały aurę jakby powrotu do podstaw. Wtedy człowiek czuje, dotyka, wchłania przestrzeń, zapachy i kolory. Ma świadomość ziemi, nieba, czuje się częścią przyrody, leczy się nią.

Bez plecaków. Tego dnia plecaki zostawiliśmy w namiocie i poszliśmy po samochód do Wetliny. Ruszyliśmy niebieskim szlakiem do Wielkiej Rawki, masywu granicznego z Ukrainą. Stamtąd do Krzemieńca (gdzie się schodzą trzy granice — Polski, Ukrainy i Słowacji) i z powrotem na Wielką Rawkę i Małą Rawkę zielonym szlakiem do Wetliny. Tu wzięliśmy samochód i wróciliśmy do Ustrzyk Górnych. Nazajutrz spakowaliśmy cały ekwipunek i podjechaliśmy do Wołosatego, skąd czerwonym szlakiem poszliśmy na Przełęcz Bukowską, przez Halicz, przez Przełęcz Goprowską na Tarniczkę, skąd wróciliśmy do Wołosatego. Nie wiem dokładnie, ile kilometrów przeszliśmy w czasie tej wyprawy. Może z siedemdziesiąt. Dziennie szliśmy 8-10 godzin, chcąc, nie chcąc nabija się kilometry. Będziemy szukali jeszcze takich tras, także w innych górach. Chłopcy będą rośli, na więcej będzie można sobie pozwolić. To był niesamowity wyjazd. &

Plenery. Bukowe Berdo, dzika przyroda, pole namiotowe przy Kolibie, śniadanie w Ustrzykach i herbata z mięty — najlepszy napój. Poniżej: widok z Tarnicy na stronę ukraińską.Wojciech Pyzik

Właściciel i prezes firmy Arkana Cosmetics, Beauty of Science. Pomysłodawca urządzenia analizer skóry. Absolwent Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Ekonomicznego we Wrocławiu i Elektroniki na Politechnice Wrocławskiej. Wielbiciel gór i wędrowania.

 

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: WYSŁUCHAŁA DANUTA HERNIK

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy