BoP Trumpa to nie Board, lecz Business of Peace

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2026-02-20 18:22

FIFA chce uszczęśliwić umęczoną ludność Gazy rozwojem piłki nożnej, wstawiając pomiędzy wymarłe ruiny nowe, przepiękne, zielone boiska.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Nie cichną echa zebrania się w miniony czwartek tzw. Board of Peace (BoP) w waszyngtońskim Instytucie Pokoju im. Donalda Trumpa, którego nowoczesny gmach administracja prezydencka zabrała organizacjom pozarządowym. Zgodnie z treścią podpisanej 22 stycznia w Davos tzw. Karty Rady Pokoju twórca i właściciel tego neotworu podczas posiedzenia 19 lutego był słońcem, wokół którego na różnych orbitach krążyły drobne planetki uczestników lub obserwatorów ze świata.

Dla Polski to zgromadzenie politycznych przybudówek władcy ludzkości powinno być specyficzną nauczką. Wysłany jako obserwator Marcin Przydacz, urzędnik prezydenckiej kancelarii, został wizerunkowo całkowicie wyzerowany. Naturalnie nie mógł stanąć do familijnego zdjęcia BoP, ale nie został nawet czysto informacyjnie wspomniany wśród gości. To ogromny kontrast w stosunku do pierwszej zbiórki w Davos, gdzie Karol Nawrocki był tylko kibicem na widowni, ale ustnie został przez Donalda Trumpa specjalnie doceniony. W sumie wyszło jednak 19 lutego bardzo dobrze, bo gdyby prezydent gościł osobiście, to zostałby potraktowany analogicznie do rumuńskiego kolegi Nicușora Dana – usadzony wysoko i nakłoniony do wystąpienia! Proeuropejski prezydent Rumunii absolutnie wyklucza akces jego państwa, ze względu na niezgodność konstrukcji BoP z prawem międzynarodowym, ale w sprzeczności z tym przekonaniem na waszyngtońską zbiórkę dotarł fizycznie. Interesowność jego gestu była oczywista – chodziło o udobruchanie gospodarza, aby nie wycofał z Rumunii reszty amerykańskiego kontyngentu, a także by zapalił zielone światło dla objęcia również tego państwa programem ruchu bezwizowego. Reasumując zatem – w oczach niezwykle czułego na każdy dyplomatyczny afront Donalda Trumpa tym razem Polska testu wierności nie zaliczyła, ale w zamian zachowaliśmy normy Konstytucji RP.

Tak na marginesie – pewien epizod BoP okazał się czystym kabaretem. Otóż Donald Trump zaprosił m.in. Aleksandra Łukaszenkę, białoruski satrapa wydelegował ekipę na poziomie ministerialnym, ale wskazani dyplomaci znajdują się na liście sankcyjnej Departamentu Stanu i… nie otrzymali wiz.

Głównym punktem posiedzenia BoP miał być projekt odbudowy Strefy Gazy. Według raportu Banku Światowego, Organizacji Narodów Zjednoczonych i Unii Europejskiej przywrócenie choćby poprzedniej infrastruktury ma kosztować około 53 mld USD. O składce pod parasolem BoP nie chce słyszeć ani nikt z G7, ani z czołówki NATO/UE, oczywiście nie mówiąc o rywalizujących z USA potentatach z BRICS. Alternatywna grupka nowych sojuszników Donalda Trumpa zadeklarowała w Waszyngtonie kwoty na odbudowę Gazy i zarazem oznajmiła podporządkowanie się koncepcji Białego Domu. Wpisowe do BoP dla stałych członków ustalone zostało w wysokości 1 mld USD. Donald Trump ogłosił, że deklaracje udziałowców na razie przekraczają 6,5 mld USD.

Sojusznikiem stał się również uczestniczący w posiedzeniu BoP ponadpaństwowy Gianni Infantino, szef Międzynarodowej Federacji Piłki Nożnej (FIFA). Przed tegorocznym turniejem finałowym w USA, Meksyku i Kanadzie stał się entuzjastą dokonań Donalda Trumpa, w grudniu przekazał mu w imieniu FIFA złotą statuetkę jako nagrodę pocieszenia zamiast nieosiągalnego pokojowego Nobla. Teraz chce uszczęśliwić umęczoną ludność Gazy rozwojem piłki nożnej. To nie żart, podczas posiedzenia BoP przedstawił wizualizację wstawiania pomiędzy wymarłe ruiny nowych, przepięknych, zielonych boisk. Doskonale współgrało to z inną wizualizacją, pochodzącą wprost od Donalda Trumpa, zgodnie z którą położona bardzo atrakcyjnie klimatycznie Strefa Gazy przekształcana jest w nowy Dubaj, turystyczno-biznesowy raj nad Morzem Śródziemnym. W tym kontekście zasadna jest medialna propozycja, aby Donald Trump rozwinął skrót BoP na pełną treść, o którą naprawdę mu chodzi – Business of Peace.

W krótszym horyzoncie czasowym pierwsze wydatki w Gazie mają sięgać kwoty 1,25 mld USD. Ten cel jest bardzo sensowny i realny, chodzi o sprawy najpilniejsze – usuwanie niewybuchów, tymczasowe zakwaterowanie mieszkańców koczujących pod gołym niebem, ich ochronę, opiekę medyczną i inne podstawowe potrzeby. Warunkiem koniecznym jakichkolwiek działań rekonstrukcyjnych jest jednak prawdziwe zawarcie pokoju między Izraelem a Hamasem. Nie ma o tym mowy, ludzie nadal giną codziennie – i dla nadętej propagandowo BoP jest to problemem nierozwiązywalnym.

Możesz zainteresować się również: