Czytasz dzięki

Branża gastronomiczna znowu głoduje

Decyzja rządu o zwiększeniu ograniczeń zaskoczyła restauratorów. Jesienny lockdown nie uderzy w nich tak jak wiosenny, ale straty będą znaczące

Branża gastronomiczna nie zdążyła jeszcze odrobić strat z trwającego ponad dwa miesiące zamknięcia, a już musi szykować się na kolejne. Od soboty restauracje mogą serwować posiłki wyłącznie na wynos. Taki stan ma potrwać co najmniej dwa tygodnie, choć rozporządzenie przewiduje restrykcje bezterminowe. Podczas ich ogłoszenia premier Morawiecki powołał się na opinie specjalistów, zdaniem których w lokalach gastronomicznych dochodziło do wielu zakażeń z powodu dużego zagęszczenia, nienoszenia maseczek oraz niewystarczającego wietrzenia.

PONURAJESIEŃ:
PONURAJESIEŃ:
Restauracje zaczęły odrabiać straty m.in. dzięki dużym obrotom podczaswakacji. Jesień nie zapowiada się już tak optymistycznie…
Fot. Marek Wiśniewski

Duże zaskoczenie

— Jesteśmy zaskoczeni, ponieważ już ograniczenie otwarcia do 21:00 mocno wpłynęło na naszą działalność. Śledziliśmy doniesienia o zakażeniach, ale nie słyszeliśmy o tym, żeby jakaś restauracja stała się ich ogniskiem, a przecież działa ich ponad 50 tysięcy — komentuje Piotr Mikołajczyk, wiceprezes Mex Polska.

Spółka notowana na GPW uzyskała w pierwszym półroczu 20,8 mln zł przychodów (wobec 34,7 mln zł przed rokiem) oraz 5,6 mln zł straty netto, podczas gdy rok wcześniej zarobiła 1,4 mln zł. Ma w portfolio m.in. takie marki, jak Pankejk oraz Pijalnia Wódki i Piwa. Spółka wyciągnęła lekcję z wiosennego zamknięcia, ale nie należy do grupy firm żyjących z dowozów — oferuje go w ograniczonym zakresie.

— Ze względu na specyfikę naszych restauracji nie zaczniemy nagle utrzymywać się z dostaw, dlatego ostatnie ograniczenia znacząco wpłyną na naszą działalność. Wiosną porozumieliśmy się z dostawcami i właścicielami lokali w sprawie odroczenia płatności, a nawet umorzenia ich części. Mamy nadzieję, że dobre relacje uda nam się utrzymać — mówi wiceprezes Piotr Mikołajczyk.

Liczy też na wsparcie rządu — zarówno dla restauratorów, jak pracowników.

— Dwutygodniowe zamknięcie to niedługi okres w porównaniu z wiosennym, oby tylko nie potrwał dłużej. Po otwarciu szybko osiągnęliśmy wysoki poziom obrotów. Zanotowaliśmy tylko 15-procentowy spadek, a niektóre restauracje notowały przez chwilę nawet wyższe obroty niż przed rokiem — mówi Piotr Mikołajczyk.

Źle, ale było gorzej

Nowe ograniczenia dotkną też drugą giełdową spółkę gastronomiczną — AmRest — właściciela takich marek, jak KFC, Starbucks czy Pizza Hut. Firma deklaruje, że była przygotowana na taki scenariusz.

— Kanał dostawy do domu od lat jest strategicznym filarem AmRestu, dlatego przez ostatnie miesiące skupiliśmy się nad jeszcze lepszym dostosowaniem oferty do potrzeb klientów — mówi Izabela Winsztal z AmRestu.

Konrad Grygo, analityk Erste Securities, uważa, że restrykcje nie skończą się na dwóch tygodniach, co odbije się na wynikach spółki w IV kw., choć spadki mogą być mniejsze niż wiosną.

— Polska i Czechy to najważniejsze rynki dla AmRestu, odpowiadające za blisko 40 proc. przychodów. Dotychczas były najbardziej odporne na spadki m.in. dzięki dużemu udziałowi (do 60 proc.) restauracji szybkiej obsługi, tj. KFC i Burger King — mówi Konrad Grygo.

Jego zdaniem społeczeństwo przyzwyczaiło się do zamawiania jedzenia online, więc wyniki w dostawie powinny się obronić. Nie zrekompensują jednak spadków w sprzedaży stacjonarnej.

— Udział dowozu w sprzedaży AmRestu był szczytowy w kwietniu, sięgając 40 proc. Spadł do 20 proc., ale znów będzie rósł. W IV kw. może nawet powróci do 40 proc. Spółka współpracuje ze wszystkimi dostawcami żywności, a ponadto ma własną flotę kurierów. Pozostaje tylko kwestia rentowności — uważa analityk.

Przychody AmRestu w pierwszej połowie roku wyniosły 684 mln EUR, co oznacza spadek o 26,3 proc. r/r, a strata netto — 160,7 mln EUR.

Łańcuch strat

Nowe ograniczenia źle przyjęły także organizacje zrzeszające restauratorów. Zdaniem Michała Markowicza, wiceprezesa Polskiej Inicjatywy Kulinarnej, trudno mówić o jakimkolwiekfunkcjonowaniu gastronomii przez najbliższe dwa tygodnie.

— Decyzja była zaskoczeniem, ponadto została ogłoszona tuż przed weekendem, gdy restauracje są już zatowarowane. To ogromne koszty nie tylko dla restauratorów, ale też dla producentów żywności, hurtowników i dostawców — mówi Michał Markowicz.

Podkreśla, że ograniczenia dotkną wszystkich pełniących usługi dla HoReCa (sektora hotelarskiego i gastronomicznego), np. pralnie. Izba Gospodarcza Hotelarstwa Polskiego apeluje do premiera, by restauracje hotelowe mogły obsługiwać gości stacjonarnie.

— Branża gastronomiczna zatrudnia, w zależności od okresu, nawet milion osób, główne młodych. Skupia przede wszystkim małych przedsiębiorców, wśród nich spadek obrotów przekroczył już 50 proc. — twierdzi Michał Markowicz.

Nadzieja w dostawach

Część restauratorów nie ma własnych kurierów, dlatego zwróci się do pośredników. Pyszne.pl odnotowuje w październiku znaczący wzrost liczby zgłoszeń w porównaniu z poprzednimi latami, obserwuje też więcej aktualizacji menu. Arkadiusz Krupicz, współzałożyciel i dyrektor zarządzający Pyszne.pl, zapewnia, że firma jest przygotowana do obsłużenia większej liczby restauracji, ale rejestracja zajmuje aż osiem dni. Firma uruchomiła pakiet wsparcia dla partnerów, obejmujący m.in. obniżenie prowizji i odroczenie opłat.

— Z poprzedniego lockdownu wiele lokali wyniosło cenne doświadczenie, które znacznie ułatwi im odnalezienie się w obecnej sytuacji. Uruchomiły dostawy, zoptymalizowały strefy dowozu, dostosowały menu. To nie jest takie proste, jak się wydaje klientom — mówi Arkadiusz Krupicz.

OKIEM EKSPERTA

Nadzieje i zagrożenia

URSZULA KRYŃSKA, departament analiz ekonomicznych PKO BP

Zamknięcie lokali gastronomicznych, chociaż zaplanowane na krótko, może mieć poważne skutki dla branży, porównywalne z wiosennym lockdownem. Wówczas zamykano restauracje, gdy ruch w nich był na wysokim poziomie. Wartość transakcji klientów PKO BP była w tej kategorii o około 30 proc. wyższa r/r, co nie jest jednoznaczne z proporcjonalnym wzrostem obrotów, a od około dwóch tygodni spada i jest o 25 proc. niższa. Wiosenny lockdown ograniczył wartość transakcji w restauracjach do około 25 proc. poziomu sprzed pandemii. W kolejnych tygodniach lokale gastronomiczne coraz lepiej dostosowywały się do nowej sytuacji, upowszechniając sprzedaż na wynos i dostawy do klientów. W momencie otwarcia w połowie maja obroty stanowiły już 50 proc. poziomu sprzed pandemii. Ta elastyczność i wypracowane procedury ułatwią branży przetrwać trudny okres. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że szok preferencji może być trwały i po otwarciu restauracji klienci mogą nie powrócić, tak jak nastąpiło w miesiącach letnich.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Mariusz Bartodziej

Polecane