Życie to coś, co wydarza nam się w czasie, gdy jesteśmy zajęci planowaniem przyszłości albo rozpamiętywaniem przeszłości. Teraźniejszość często mija nam niepostrzeżenie, choć tylko ona istnieje naprawdę. Nie przywiązując do niej wagi, można przegapić własne życie, już nie mówiąc o życiu rodzinnym.
Przed laty z nastaniem wiosny zimowe rzeczy wynosiło się na strych i zamykało w kufrach. Wszystkie kobiety w rodzinie poświęcały cały dzień, żeby wspólnie posortować, wytrzepać i poskładać ubrania. Może nawet o tym nie wiedziały, ale to odświeżanie kożuchów i swetrów stanowiło rytuał przejścia jednej pory roku w drugą. A ile było przy tym śmiechu, zwierzeń, płaczu i dobrych rad, które pomagały w sztuce życia. Dziś nie ma tylu strychów i tylu kobiet pod jednym dachem, a przez to życie oddziela się od sztuki. Ale rodzinne rytuały — wbrew ostrzeżeniom psychologów — wcale nie giną. Często lęgną się same, podsycane naszą nieuwagą, choć nikomu w rodzinie nie służą.
Elwira przyszła do mnie z powodu problemów z córką, które trwają już od dwóch lat i końca nie widać. Dziewięcioletnia Zosia nie chce rano wstawać do szkoły, codziennie siłą trzeba ją wyciągać z łóżka. Zosia płacze, pokłada się, udaje, że jest chora, Elwira krzyczy, mąż wychodzi wcześniej, trzaskając drzwiami, a ona zmaga się z córką.
— Może Zosia nie lubi szkoły? — próbuję wysondować, gdzie tkwi problem.
— Uwielbia! — stwierdza Elwira z przekonaniem. — Wieczorem opowiada, jak było fajnie, chętnie odrabia lekcje, ma dużo koleżanek, świetnie się uczy. Tylko rano są z nią kłopoty.
— Może rano jest niewyspana? — nic mądrzejszego nie przychodzi mi do głowy.
— Wieczorem bardzo trudno zagnać ją do łóżka. Kładzie się koło dwunastej albo pierwszej.
— A o której ma chodzić spać?
— Chyba wcześniej? — pyta Elwira niepewnie i powoli wszystko staje się jasne.
Ani mama, ani tata nie ustalili godziny, o której córka powinna być w łóżku. Dzięki temu mógł powstać rytuał wieczorny, który wygląda tak: Zosia robi coś w swoim pokoju, rodzice oglądają telewizję i co jakiś czas któreś z nich krzyczy:
— Zosia! Już późno! Idź się umyć.
— Zaraz — mówi Zosia i na jakieś pół godziny ma spokój, potem któreś z rodziców znów przypomina sobie, że jest późno, sytuacja się powtarza, gdy w końcu sami zamierzają iść spać, zaglądają do pokoju córki, która się bawi w najlepsze.
— Marsz do łazienki! — wrzeszczy mama i Zosia idzie.
A rano, jak to rano. Krzyki, poganianie, awantury. Poranny rytuał rodzinny toczy się bez przeszkód.
Codzienność kojarzy nam się zwykle z pośpiechem i rutyną. I często tak w niej funkcjonujemy — automatycznie, robiąc trzy rzeczy naraz, nieuważnie, bezrefleksyjnie. Tkwimy w kiepskich przyzwyczajeniach, złych nawykach, których nawet nie dostrzegamy. I tę codzienną bylejakość fundujemy na starcie naszym dzieciom.
Kiedyś to były czasy! Starszyzna rodzinna przekazywała młodszym pokoleniom zasady, zwyczaje, rytuały, dzięki którym każdy w rodzinie mógł czuć się dostrzeżony, ważny, włączony we wspólnotę. I znał swoje miejsce.
Rodzinne obyczaje nie są pachnącym naftaliną dowodem, że nie nadążamy za współczesnością, lecz mocną bazą, z której możemy tę współczesność gonić. Te obyczaje to nie tylko tak przyjemne sprawy jak obchody pierwszego dnia w szkole, chodzenie w każdą drugą sobotę w miesiącu do kawiarni z babcią, świętowanie kupna pierwszych butów na obcasach, ale także zwykła codzienna rutyna.
I ta rutyna codzienności nie musi być byle jaka. Wręcz przeciwnie, dobrze, żeby taka nie była. Warto o nią zadbać z takim samym zaangażowaniem, jakie w nas budzą wakacje czy święta. Zamiast pokrzykiwać sprzed telewizora na dziecko, lepiej ustalić, co do kogo należy, co jest dla nas ważne, jakimi prawami rządzi się nasza rodzina. Im dziecko starsze, tym więcej ma obowiązków. Ale z nimi łączą się też przywileje. Inaczej, kto z nas chciałby dorastać? Przez swoją nieuważność odbieramy sobie możliwość wpływania na nasze dzieci, a im — poczucie życia w świecie o jasnych regułach ustalanych przez mądrych dorosłych.
Gdyby Elwira wiedziała, o której Zosia ma chodzić spać, łatwiej by jej to było wyegzekwować. Gdyby Zosia wiedziała, o której ma chodzić spać, może by miała ochotę się do tego dostosować. A gdyby wiedziała, że jak skończy 10 lat, będzie mogła chodzić o godzinę później, gładko przełknęłaby to, że jako dziesięciolatka stanie się odpowiedzialna za zmywanie po kolacji. Może potraktowałaby to nawet jako dowód zaufania rodziców do jej dojrzałości. Ale najpierw trzeba jej dać szansę, by uwierzyła w dojrzałość dorosłych. l
