Chemia boi się OMV i MOL
Sektor chemii ciężkiej boi się dalszej prywatyzacji PKN Orlen. Zdaniem jego przedstawicieli, wpuszczenie do spółki OMV lub MOL przyniesie branży katastrofalne skutki. Powód: potencjalni kandydaci do ręki Orlenu sami produkują np. nawozy i nie będą zainteresowani wspieraniem konkurentów z Polski.
Nad branżą chemiczną zbierają się czarne chmury — tak twierdzą jej reprezentanci. Takie efekty przyniosły działania prywatyzacyjne Ministerstwa Skarbu Państwa, które — co do tego nie ma już wątpliwości w branży — były prowadzone bez wyraźnego celu. Ich zdaniem, dla Zakładów Azotowych Puławy, Kędzierzyn, Tarnów oraz Zakładów Chemicznych Police zabrakło pomysłu, jak sprzedać je w dobre ręce i zapewnić pozycję w walce o rynek.
— Sytuacja tych firm po pierwszym półroczu gwałtownie się pogorszyła. Z miesiąca na miesiąc spółki generują coraz większe straty. Bez dobrej strategii rozwoju opartej na szeroko pojętej współpracy z Orlenem czeka je upadłość — ostrzega znawca branży, który zastrzega sobie anonimowość.
Takie obawy mają też politycy. Wiesław Kaczmarek, poseł SLD typowany na przyszłego ministra skarbu, proponuje wstrzymać przekształcenia Orlenu również z uwagi na konieczność zachowania jego powiązań z sektorem ciężkiej chemii.
To jest zagrożenie
Resort skarbu ma natomiast patent na połączenie PKN Orlen z MOL lub OMV i utworzenie dużego koncernu paliwowego. MSP nie wzięło jednak pod uwagę, że za austriackim OMV i węgierskim MOL kryje się bezpośrednia konkurencja dla polskich firm chemicznych, przede wszystkim w produkcji melaminy i nawozów.
— Po połączeniu z jednym z tych koncernów Orlen — zamiast pozostać ośrodkiem zaopatrzenia w surowce dla niezależnych od niego spółek chemicznych i potencjalnym inwestorem — przeobrazi się w ich rynkowego rywala. Jest mało prawdopodobne, żeby zagranicznym koncernom posiadającym własne zaplecze produkcyjne zależało w takiej sytuacji na wspieraniu polskich firm chemicznych — mówi nasz rozmówca.
Nasza opoka
Przedstawiciele branży chemicznej podkreślają, że ścisła współpraca surowcowa z Orlenem pozwalała im przetrwać w okresach dekoniunktury. Koncern był niejako wentylem bezpieczeństwa dla branży, chroniąc swoich odbiorców przez wydłużone terminy płatności czy umarzanie karnych odsetek. Po połączeniu z zagranicznym konkurencyjnym kapitałem ta sytuacja zmieni się diametralnie. Symptomy już się pojawiły. Orlen na początku procesu sprzedaży zakładów chemii ciężkiej zadeklarował, że nie będzie uczestniczył w sprzedaży ZA Puławy — de facto firmy o najlepszej pozycji w branży. Sceptycznie nastawiony był także do ewentualnego zakupu ZA Tarnów. Spółka jest drugim po Anwilu, należącym do Orlenu producentem PCW w Polsce. Następnie koncern wycofał się nagle z udziału w prywatyzacji ZA Kędzierzyn, którym dostarczał wielu podstawowych surowców.
Nie wszystko stracone
PKN zainteresowały jedynie ZCH Police ze względu na nabrzeże portowe oraz możliwość wzbogacenia oferty nawozowej Anwilu o nawozy wieloskładnikowe i fosforowe. Nasi rozmówcy twierdzą, że zarząd Orlenu kładzie nacisk przede wszystkim na rozwój segmentu paliwowego, zapominając o tym, że w sposób bezpośredni lub pośredni jest główną krajową bazą surowcową dla branży chemicznej, zatrudniającej w 2000 roku 207 tys. osób.
— Taka strategia pogłębia deficyt Polski w obrotach z zagranicą, który wynosi już 5,5 mln USD rocznie i wykazuje tendencję wzrostową — mówi prezes jednej ze spółek, współpracującej z sektorem chemicznym.
Podkreśla, że dopóki nie został złożony ostatni podpis pod umową sprzedaży blisko 18 proc. akcji Orlenu, istnieje szansa na pomoc ze strony PKN.



