Co to będzie za ślub!

Karolina Guzińska
30-04-2004, 00:00

Mała Syrenka nie ma szczęścia. Ani jako wodna panna z baśni Andersena, ani kopenhaska rzeźba — dla wielu najpiękniejszy pomnik świata.

Den Lille Havfrue — Syrenka — niewielka figura z brązu, siedzi na głazie nad brzegiem cieśniny Sund. Tęsknie wypatruje księcia, dla którego wyrzekła się pięknego głosu. Oddała go w zamian za ludzkie nogi, mimo to jej miłość nie spełniła się... Rzeźba Edvarda Eriksena z 1913 r. wnet stała się wizytówką miasta, co też nie wyszło jej na dobre.

Czekając na księcia

— Syrenka to największe ukochanie Duńczyków. Mimo to — a może dlatego? — kilkakrotnie kradziono jej głowę. Od 1964 r., gdy pewien artysta zaprotestował przeciwko mieszczańskim wartościom, które jakoby Syrenka symbolizuje... Ostatnio okaleczono figurę przed pięciu laty. Szczęściem, głowę udało się odzyskać i pomnik naprawiono — opowiada Agnieszka Blandzi, dyrektor Duńskiej Izby Turystyki.

Rzeźbiarza zainspirował balet na motywach baśni Andersena, wystawiony w kopenhaskim Teatrze Królewskim. Główną rolę tańczyła Ellen Price. Twarz Syrenki ma jej rysy. Zaś ciało...

— Baletnica — dowiedziawszy się, gdzie pomnik ma stać — nie zgodziła się pozować nago. Eriksen dał więc Syrence ciało żony — dodaje Robert Dominiak, pilot wycieczek współpracujący z Orbis Travel.

Kopenhażanie żartują, że baśń ożyła — w ekskluzywnej dzielnicy w pobliżu słynnego posągu miała apartament Mary Donaldson, dziewczyna księcia Frederika — następcy tronu Danii. Rodzina królewska jej nie akceptowała i para nie mogła razem zamieszkać. Panna wybrała więc pokoje z widokiem na Amalienborg, rezydencję duńskich monarchów...

— Ludzie śmiali się, że pochodząca z Tasmanii dziewczyna jest wodną panną — jak Syrenka. I jak ona czeka na swego księcia... Doczekała się. 14 maja w Kopenhadze odbędzie się królewski ślub! — zapowiada Agnieszka Blandzi.

Piwny mecenat

Miasto wiele zawdzięcza Jacobsenom, rodowi właścicieli browaru Carlsberg. Mawia się, że każdy, kto pije piwo, robi coś dla kultury. To jeden z Jacobsenów — Carl — ufundował pomnik Syrenki. A pod koniec XIX wieku założył Gliptotekę: muzeum z najwspanialszą w Skandynawii prywatną kolekcją sztuki. Warto — mają wszystko: od starożytnych rzeźb egipskich po Warhola.

— Carl Jacobsen uważał, że Duńczycy to naród pasterski i sztuką się nie interesują. Lubią za to przyrodę. By przyciągnąć rodaków do Gliptoteki, założył w kopule budynku oranżerię. Bo — myślał — kiedy ludzie przyjdą podziwiać palmy, to przy okazji obejrzą sztukę... — mówi Agnieszka Blandzi.

Zabytki piwnego imperium Carlsbergów są otwarte dla zwiedzających. W budynkach z XIX i początku XX wieku ożywa historia browaru.

— Wchodzi się przez Bramę Słoni, z czterema posągami tych zwierząt. Dwa są smutne, dwa mają wesołe miny. Symbolizują czterech synów Carla Jacobsena: dwóch zmarło — tłumaczy Agnieszka Blandzi.

W nieczynnej hali drugiego kopenhaskiego browaru — Tuborg — mieści się Experimentarium: interaktywne muzeum przyrodnicze. Wolno dotykać eksponatów i robić eksperymenty!

— Zapamiętałam jedną z wystaw tematycznych — wystrój sal przypominał monstrualne szuflady, wypełnione... kurzem. Pouczające — zwłaszcza dla wycieczek szkolnych. Młodzież przedzierała się przez ekspozycje obserwując, jak bez powietrza i światła rozwija się pleśń, grzyby, roztocza... I od razu wiadomo, że odkurzać dywan trzeba nie dlatego, bo matka każe! — wspomina Agnieszka Blandzi.

Żądni emocji nie przegapią Muzeum Erotyki — ogląda się m.in. wystawę o życiu seksualnym znanych, np. Josephine Baker.

— Szok! Kasjerka — po sprzedaniu grupie biletów — rozebrała się do naga i usiadła na huśtawce. A na szyi zawiesiła sobie tabliczkę, na której stało: „proszę nie dotykać eksponatu”. Ale wolno było fotografować — wspomina Robert Dominiak.

Kopenhaga dorobiła się ponad 60 muzeów. Spędza się w nich ciekawie czas nie tylko w deszczowy dzień...

Z mapą w ręku

Centrum da się obejść pieszo. Obowiązkowo — przechadzka nadbrzeżem, do Syrenki. Można też zahaczyć o cytadelę z XVII wieku, broniącą rubieży miasta. Po koronie wałów biegną ścieżki spacerowe, a niedawno wojskowy obiekt (zabytkowych koszarów używa armia) otworzył podwoje dla publiki.

— Zwiedza się kościół i dom komendanta. Jest też wiatrak — twierdza musiała być samowystarczalna, by znieść długotrwałe oblężenia — dodaje Robert Dominiak.

Cytadela wtapia się w Park Churchilla, jeden z największych miejskich kompleksów zieleni. Kryje on także neogotycki kościół św. Albana, Muzeum Duńskiego Ruchu Oporu oraz fontannę Gefion — dzieło Andersa Bundgaarda z 1908 r. Kompozycja największego pomnika Kopenhagi ilustruje mit o powstaniu Zelandii.

— Bóg Odyn rozkazał swej córce Gefion, by zdobyła dla niego ziemię. Prosiła o nią króla Szwecji, ten zaś odparł, że da jej tyle, ile sama zaorze w jedną noc. Bogini zaprzęgła do pługa synów, zamienionych w woły i rozpoczęła orkę. Rano cisnęła w morze glebę, którą zaorała. I tak powstała wyspa Zelandia, na której leży Kopenhaga — opowiada Agnieszka Blandzi.

Stąd już rzut kamieniem do Amalienborg. Ośmioboczny, brukowany plac, otacza zespół czterech rokokowych pałaców. Gapiów przyciąga — w południe — zmiana warty przed królewską rezydencją.

— Nowo przybyli żołnierze sprawdzają budki strażnicze. To tradycja z dawnych czasów, gdy wartownicy ukrywali dziewczyny umilające im długie godziny służby... — przypomina Robert Dominiak.

Z pałacowego placu — gdzie pyszni się pomnik króla Fryderyka V — widać luterański kościół Marmurowy. Ogromna, XIX-wieczna świątynia — wzorowana na rzymskiej bazylice Św. Piotra — chlubi się jedną z największych kopuł w Europie. Idąc dalej, przez plac Kongens Nytorv (mieści m.in. operę i słynny dom handlowy Magasin du Nord) zajdziemy na deptak Stroget, ciągnący się aż do placu Ratuszowego. Warto tu zajść wieczorem — przy placu ulokowały się barwne ogrody Tivoli, niezwykłe wesołe miasteczko. Gwar, śmiech, muzyka, sztuczne ognie, kaczki pływające w stawach, restauracje, sale koncertowe... — ulubiony zakątek kopenhażan. Niewiele tu elektronicznych gadżetów — zachowano XIX-wieczne rozrywki: gry zręcznościowe, karuzele, diabelskie młyny, zjeżdżalnie...

— Nie zawsze Tivoli było popularne! Założone w 1843 r. przez Georga Carstensena, przemysłowca i obieżyświata, wyprzedzało swą epokę. Fundator chciał demokracji — zbudował wesołe miasteczko dla niższych klas: karuzelę i teatry w pięknym ogrodzie. Naraził się establishmentowi, wyjechał do Afryki i zmarł w zapomnieniu. A Tivoli? Stało się modne. Wyższe sfery lubiły sobie postrzelać z wiatrówki, a biedacy, przy okazji jazdy na karuzeli, zaglądali do teatrów — tłumaczy Agnieszka Blandzi.

Panoramę Kopenhagi najlepiej podziwiać z Okrągłej Wieży — to najstarsze działające obserwatorium astronomiczne w Europie (XVII wiek).

— Wieża ma 35 m wysokości, zaś na taras widokowy prowadzi pochylnia wybrukowana kocimi łbami. Kąt nachylenia jest spory — trzeba się nieźle namęczyć przy wchodzeniu! Byłem tam z grupą, która łaziła wcześniej po górach Norwegii. Wszyscy zgodnie twierdzili, że przy pochylni lodowiec to pestka! — wspomina Robert Dominiak.

Legenda głosi, że car Piotr Wielki podczas wizyty w Kopenhadze (1715 r.) wjechał po pochylni konno, caryca zaś dotarła na taras widokowy karocą. Fantazja iście słowiańska!

Życie miasta

Układ stolicy Danii przypomina rozpostartą dłoń. Jej szczyt to „waterfront” — droga wodna, po której kursują łodzie autobusy. Na kanale unoszą się, wraz z przypływami i odpływami morza, pontony przystanki. Ku wodzie pochylają się reprezentacyjne gmachy, jak „Czarny Diament” — nowo wybudowana część Biblioteki Królewskiej — z granitu i przyciemnionego szkła. Woda odbija się w ścianach budowli. I w przeszkolonej fasadzie pobliskiego hotelu Marriott.

— Konstytucja gwarantuje obywatelom Danii nieograniczony dostęp do wody. Toteż każdy — nawet łapserdak z piwem w garści — może wejść do Marriotta, by dostać się nad wodę, od której hotel go odgradza — twierdzi Agnieszka Blandzi.

Koniecznie trzeba sobie zafundować przejażdżkę stateczkiem po kanałach i porcie. Przepływa się m.in. bajkowy Nyhavn — Nowy Port — w sercu miasta. Cumują przy nim zabytkowe, drewniane łodzie. Nadbrzeża zabudowane kolorowymi kamieniczkami (każda z nich mieści knajpkę!) żyją do późna w nocy. W trzech domach wynajmował pokoje największy duński pisarz: Hans Christian Andersen. Najdłużej mieszkał pod numerem 67.

W Danii wszystko jest dla ludzi — słynne wzornictwo nie ogranicza się do luksusowych mebli. Kopenhaskie przystanki autobusowe to estetyczne, szklane, zamykane budki. I choć stolica kraju dopiero buduje metro (mają dwie linie), Duńczycy wpadli na pomysł genialny w swej prostocie.

— Przed zejściem do metra wyświetla się napis, za ile minut przyjedzie pociąg i w jakim kierunku. Ludzie nie są narażeni na szaleńczy bieg po schodach! A tory oddzielają od peronów szyby — by nikt nie wpadł... — chwali Agnieszka Blandzi.

Najpopularniejszym środkiem transportu jest jednak rower. Nie dziwią panie w wieczorowych sukniach, pedałujące wieczorem do teatru — i na miejscu zmieniające sportowe buty na eleganckie szpilki. Nawet premier Danii, Anders Fogh Rasmussen, jeździł rowerem na obrady parlamentu! Rowery są dostępne dla każdego — w centrum miasta, w 150 oznaczonych miejscach, stoi 2 tys. bezpłatnych pojazdów. Bierze się je jak koszyki w supermarkecie — wsuwając monetę 20 DK, którą odbiera się, zwracając rower.

— Młody Duńczyk, wielbiciel rowerów, założył kilka lat temu firmę City Safari, oferującą zwiedzanie Kopenhagi na rowerach. Proponują różne trasy: graffiti, nadbrzeże, zabytki... Skorzystałam. Ciekawe przeżycie — człowiek staje się uczestnikiem ruchu ulicznego. Żyje życiem miasta: trąbią na niego, nie wie, kiedy skręcić... Po drodze są przystanki na odpoczynek i filiżankę herbaty. Pamiętam, że padało i Duńczyk wydał, prócz rowerów, peleryny i kapelusze przeciwdeszczowe — wspomina Agnieszka Blandzi.

Zapewnia, że tubylcy są przyjaźni — władają angielskim, niemieckim — i zabawowi. O Duńczykach mówi się: „Włosi Północy”. Uwielbiają włóczyć się po knajpkach, kafejkach, klubach... Ulice tętnią życiem całą dobę. I choć grupki pijące piwo na świeżym powietrzu to częsty widok — pijanego nie uświadczysz.

— Bezpieczeństwo Kopenhagi przeszło do legendy — choć to miasto portowe. Policja ma do rozpracowania zaledwie kilkadziesiąt spraw rocznie, co da się odczuć. Po reprezentacyjnym deptaku Stroget można spacerować w środku nocy, z pieniędzmi w garści i nic się nie stanie! Duńczycy dorobili się jednak własnych bandytów — „Gangu Olsena” ze znanej serii filmów — śmieje się Robert Dominiak.

— W Danii człowiek odzwyczaja się od pilnowania swoich rzeczy. Ludzie nie zamykają samochodów, zostawiają uchylone okna domów... Samotna kobieta może znaleźć się na nadbrzeżach Nyhavn nawet o 3 w nocy — najwyżej ktoś się do niej uśmiechnie, pokazując, że pije jej zdrowie — wtóruje Agnieszka Blandzi.

I jeszcze jedno — Duńczycy są bogaci, ale obnoszenie się z tym jest w bardzo złym guście. Co poniektórzy Polacy powinni się nad tym zastanowić!

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Karolina Guzińska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Nieruchomości / Co to będzie za ślub!