Nalot Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego na ZUS
ABW zatrzymała prezesa i trzech wysokich urzędników zakładu. Zarzuty? Korupcyjne. I to po kilka.
Wczoraj rano funkcjonariusze Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego (ABW) wpadli do centrali Zakładu Ubezpieczeń Społecznych (ZUS). Zabarykadowali się w gabinecie prezesa i dokonali przeszukania. Katarzyna Szeska, rzeczniczka Prokuratury Krajowej, poinformowała o zatrzymaniu Sylwestra R., szefa ZUS, i postawieniu mu 6 zarzutów korupcyjnych. Podobne zarzuty usłyszeli pozostali zatrzymani. Premier Donald Tusk zareagował natychmiast.
— Jeszcze dziś prezes ZUS będzie odwołany i zostanie wskazana osoba pełniąca obowiązki szefa tej instytucji do czasu przeprowadzenia procedury konkursowej na nowego prezesa — mówił wczoraj szef rządu.
Do zamknięcia tego wydania "PB" decyzje nie zapadły.
To tylko awaria?
Informacja o zatrzymaniach w ZUS spadła jak grom z jasnego nieba. Okazuje się jednak, że premier Tusk o toczącym się śledztwie wiedział od… 5 miesięcy.
— Już w maju dostałem informację o śledztwie w sprawie korupcji w ZUS oraz że w kręgu zainteresowania śledczych jest prezes zakładu. Jednak dla dobra postępowania nie podjąłem żadnych decyzji personalnych. Zatrzymanie podejrzanych jest autonomiczną decyzją organów ścigania. Pracujemy nad szybkim uregulowaniem kwestii kierowania zakładem — mówi premier.
Nowy szef zostanie wyłoniony w konkursie. Do tego czasu zakładem pokieruje p.o. prezesa.
Paweł Wypych, doradca prezydenta Kaczyńskiego (poprzedni prezes ZUS), stwierdził, że sytuacja tej instytucji stała się dramatyczna.
— Zakład obraca gigantycznymi pieniędzmi. Kto teraz będzie podpisywał umowy, wypłacał renty i emerytury? Na koniec roku może mu zabraknąć 8 mld zł. Kto będzie negocjował z bankami ewentualne kredyty? — zastanawia się były prezes.
Rzecznik ZUS próbował gasić pożar.
— Działamy normalnie. Mamy zarząd, który funkcjonuje i prowadzi sprawy zakładu. Klienci i kontrahenci nie muszą się niczego obawiać. Świadczenia są i będą wypłacane normalnie — mówi Przemysław Przybylski, rzecznik ZUS.
Nieformalnie obowiązki prezesa wykonuje Elżbieta Łopacińska, członek zarządu ds. świadczeń.
Dramatu nie ma
Oprócz prezesa ZUS ABW zatrzymała też Tadeusza D., dyrektora szczecińskiego oddziału ZUS, Jana A., jego zastępcę, oraz Leszka Sz., kierownika referatu remontów, inwestycji i zamówień tego oddziału. Czwartym zatrzymanym jest biznesmen Henryk M.
Co złego miał zrobić prezes i pozostali zatrzymani? Małgorzata Wojciechowicz, rzeczniczka prowadzącej śledztwo Prokuratury Okręgowej w Szczecinie, poinformowała enigmatycznie, że prezes ZUS jest podejrzany o przestępstwo polegające na przyjęciu łapówki lub korzyści osobistej, za co grozi do 8 lat więzienia. Co najmniej jeden z zarzutów ma dotyczyć dopuszczenia się za łapówkę działania sprzecznego z prawem, za co grozi do 10 lat więzienia. Pozostali usłyszeli zarzuty uzależnienia od łapówki wykonania czynności służbowej oraz wręczania łapówki osobie pełniącej funkcję publiczną.
Radio ZET podało, że wśród korzyści przyjętych przez prezesa Sylwestra R. rzekomo miał być m.in. telewizor, blacha na budowę domu czy opłacenie pobytu w hotelu.
Zaskoczenia całą sprawą nie kryje Wojciech Nagel, członek rady nadzorczej ZUS.
— W tej sprawie jest więcej pytań niż odpowiedzi. Trzeba jednak poczekać na fakty i na to, co prokuratura położy "na stole". Ciągłość decyzyjna ZUS nie zostanie przerwana. Jest zarząd, procedury i regulaminy. Mówienie, że sytuacja w ZUS jest dramatyczna, to przesada — mówi Wojciech Nagel.
Podobnie uważa Robert Gwiazdowski, były szef rady nadzorczej ZUS.
— Nie ma co dramatyzować. Zatrzymanie kogoś przez ABW jeszcze nie świadczy o popełnieniu przestępstwa. W przeszłości zdarzyło się wiele przypadków, gdy organy ścigania kogoś zatrzymywały w świetle jupiterów, a potem akcja kończyła się kompromitacją śledczych. Wystarczy przypomnieć zatrzymanie Andrzeja Modrzejewskiego, byłego prezesa Orlenu — mówi Robert Gwiazdowski.
Grad zostaje, bo...
musi prywatyzować
Aleksander Grad nie dostanie wilczego biletu za fiasko prywatyzacji stoczni. Musi przecież łatać budżet.
Premier Donald Tusk nie uległ politycznym naciskom i pozostawił na stanowisku ministra skarbu Aleksandra Grada, choć wcześniej zapowiadał jego dymisję, jeśli nie uda mu się dopiąć transakcji sprzedaży majątku stoczni z Gdyni i Szczecina. Nie udało się. Na sfinansowanie zakupu nie miał pieniędzy holenderski fundusz Stichting Particulier Fonds Green-rights, który wygrał stoczniową licytację. Miał go zastąpić Qatar Investment Authority, państwowy fundusz z Kataru, ale on także w wyznaczonym terminie, czyli do końca sierpnia, nie wpłacił pieniędzy.
— Deklaracja dymisji była przedwczesna. Korona mi z głowy nie spadnie, jeśli to przyznam. Nie znam nikogo, kto mógłby przełamać negatywny trend dotyczący stoczniowej sytuacji w całej Europie. Zadanie, jakie postawiłem przed ministrem Gradem, było ponad siły kogokolwiek — powiedział wczoraj Donald Tusk.
To ciekawe stwierdzenie, bo przecież Aleksander Grad wkrótce ponownie musi podjąć się trudnego zadania sprzedaży stoczniowego majątku, oczywiście jeśli pozwoli mu na to Komisja Europejska.
Pasmo porażek
— Minister Grad od początku nie radził sobie ze sprzedażą stoczni. I nie chodzi tylko o ostatni przetarg, ale także poprzednie. Nie udało się dopiąć transakcji ze Złomreksem, nie udało się wprowadzić ukraińskiego ISD ani Mostostalu Chojnice. Jak w takim razie można przypuszczać, że poradzi sobie z prywatyzacją innych polskich firm — mówi Dariusz Adamski, szef Solidarności Stoczni Gdynia.
Obecna ekipa "odziedziczyła" po PiS przetarg, w którym inwestorem dla stoczni miał być Złomrex. Transakcja zakończyła się fiaskiem, bo inwestor nie chciał brać na siebie stoczniowych długów, chciał natomiast podzielić się z państwem ryzykiem nierentownych kontraktów, które zostały w stoczniach po rządach SLD i PiS. Podobne oczekiwania miały ISD oraz Mostostal Chojnice, które liczyły na dalszą pomoc publiczną przy zakupie stoczni, ale na to nie zgodziła się Bruksela. Już dotychczasową pomoc uznała za nielegalną.
Górą pragmatyka
Z pozostawienia w resorcie Aleksandra Grada nie cieszą się stoczniowcy, ale punkt rządowi przyznają eksperci.
— Zwyciężył pragmatyzm gospodarczy, a nie polityczne emocje. Nie było sensu odwoływać ministra, bo zmiany kadrowe tylko opóźniłyby realizację zadań postawionych przed resortem — uważa Maciej Grelowski, przewodniczący Rady Głównej BCC.
Aleksander Grad został, bo musi dokończyć prywatyzację Ciechu i innych firm chemicznych, poznańskiej Enei czy Giełdy Papierów Wartościowych. Transakcje te mają duży wpływ na spięcie przyszłorocznego budżetu.
— Aby zrealizować zadania prywatyzacyjne, resort skarbu musi być jednak wzmocniony kadrowo. Dotychczasowe dokonania Aleksandra Grada, zwłaszcza prywatyzacyjne, oceniam negatywnie — dodaje Maciej Grelowski.
Czerwoną kartkę dałby natomiast Aleksandrowi Gradowi Leszek Balcerowicz, były minister finansów i szef NBP, który wczoraj zganił go m.in. za bałagan w PKO BP.
Jarosław
Królak, PAP
Katarzyna Kapczyńska