Czy grozi nam ropa po 200 dolarów

Krzysztof Kolany, Bankier.pl
opublikowano: 26-05-2019, 22:00

Czerwiec 2019. Ceny czarnego złota, które z dnia na dzień drożeje, nie schodzą z czołówek mediów. Litr paliwa w Polsce kosztuje już ponad 8 zł. Możliwe?

Od kilku tygodni wisi nad nami groźba militarnej konfrontacji w cieśninie Ormuz, przez którą przepływa co piąty tankowiec z ropą naftową. Jeśli do korespondencyjnej wojny irańsko-saudyjskiej wmieszają się Stany Zjednoczone, skutki ekonomiczne dla świata mogą być opłakane. Dlatego gospodarczy thriller nie jest skrajnie nieprawdopodobny.

Na Bliskim Wschodzie są trzy państwa pretendujące do roli regionalnego mocarstwa: Turcja, Iran i Arabia Saudyjska. Turcja to temat na osobny artykuł. Natomiast Iran i Arabia Saudyjska od lat bezpardonowo walczą o prymat w Zatoce Perskiej. Oba kraje wiele łączy. To totalitarne reżimy utrzymywane za pomocą wojska i policji politycznej. Oba rządzone są przez islamskich fanatyków, niewahających się przed wspieraniem najbardziej barbarzyńskich organizacji terrorystycznych. W obu brakuje wolności, także gospodarczej, a sektor naftowy kontrolowany jest w całości przez państwo.

O ile zamorskie problemy w Polsce z reguły mało nas interesują, o tyle kwestie dotyczące Zatoki Perskiej mają przełożenie na życie każdego z nas. To w tym regionie położone są największe znane zasoby ropy naftowej — strategicznego surowca, bez którego współczesna cywilizacja nie mogłaby istnieć. Arabia Saudyjska, Iran oraz cztery inne kraje leżące nad Zatoką Perską należą do 15 największych eksporterów „czarnego złota”.

Większość tego bogactwa wywożona jest drogą morską. Newralgicznym punktem jest cieśnina Ormuz — wąski przesmyk łączący Zatokę Perską z Morzem Arabskim i resztą świata. Codziennie przepływa tamtędy kilkanaście tankowców, przewożąc ponad 17 mln baryłek ropy naftowej. To prawie 1/3 morskiego transportu tego surowca i blisko 20 proc. jego globalnego zużycia. Rzecz w tym, że z żeglugowego punktu widzenia cieśnina Ormuz jest niezmiernie wąska. W najwęższym miejscu ma 21 mil szerokości, ale tor wodny jest szeroki zaledwie na dwie mile. Jest też płytka. Minimalna głębokość w torze wodnym wynosi tylko 10 m. Wystarczy zatopić w tym miejscu tankowiec, aby na tygodnie lub miesiące unieruchomić jedną piątą światowych dostaw ropy.

Morski gambit

Dlaczego ktoś miałby blokować dostawy ropy z Zatoki Perskiej? Wracamy do geopolityki. Od kilku lat Iran znów „rozpycha się” w regionie. A to wesprze syryjskiego dyktatora Baszszara al-Asada, a to dostarczy uzbrojenie rebeliantom w Jemenie, gdzie od trzech lat trwa regularny konflikt zbrojny, będący de facto korespondencyjną wojną Rijadu z Teheranem, o sponsorowaniu libańskiego Hezbollahu nawet nie wspominając. Reasumując, po podpisaniu w lipcu 2015 r. porozumienia nuklearnego Iran zaczął podkopywać lokalne układy na Bliskim Wschodzie. To nie spodobało się Izraelowi oraz Arabii Saudyjskiej — czyli sojusznikom Stanów Zjednoczonych. W odpowiedzi prezydent Donald Trump rok temu zerwał nuklearny deal z Teheranem i przywrócił sankcje. Amerykańska administracja oficjalnie stawia sobie za cel całkowite wyeliminowanie dostaw irańskiej ropy na rynek. Według nieoficjalnych szacunków w maju dostawy z Persji zmalały do 0,5-0,7 mln baryłek dziennie wobec przeszło 2 mln b/d przed wejściem w życie amerykańskiego embarga.

Jeśli Amerykanie przycisną Iran do ściany, ten w odwecie może spróbować zablokować cieśninę Ormuz, czym zresztą irańska Gwardia Strażników Rewolucji nie raz groziła. Iran mógłby więc zachować się jak topielec, który pociągnie na dno cały region i zdestabilizuje światową gospodarkę. Wcale nie jest przesądzone, że Persom udałaby się taka zagrywka. Podczas wojny z Irakiem (1980-88) Iran usiłował zakłócić ruch tankowców w cieśninie Ormuz, ale uniemożliwiła mu to amerykańska V Flota stacjonująca w Bahrajnie. Nie wiadomo, jak takie starcie zakończyłoby się dzisiaj.

A co jeśli jednak…

…Iranowi udałoby się zablokować ruch tankowców z Zatoki Perskiej? Wszystko zależałoby od tego, jak długo trwałyby utrudnienia w żegludze. Jeśli udałoby się je zlikwidować w ciągu kilku czy kilkunastu dni, to ewentualna zwyżka notowań ropy naftowej zapewne byłaby krótkotrwała i raczej niezbyt silna. Jeśli cieśnina Ormuz zostałaby zablokowana na tydzień, to rynek reagowałby bardziej nerwowo, ale ropy wciąż by nie zabrakło. Na świecie jest dostatecznie dużo rezerw surowca, aby zaabsorbować taką przerwę w dostawach.

Gorzej, gdyby blokada utrzymała się dłużej. Wtedy mielibyśmy do czynienia z regularnym szokiem naftowym, silniejszym od tych z lat 70. Co prawda dla szlaku morskiego istnieją alternatywne opcje, ale to nie rozwiązuje problemu. Według danych Reutera wolna przepustowość ropociągów omijających Ormuz to niespełna 4 mln baryłek dziennie. Jakąś część surowca można by przewieźć lądem. Istnieją też możliwości zwiększenia wydobycia w innych regionach świata. Mimo wszystko globalne dostawy ropy naftowej zapewne zmalałyby o kilka milionów baryłek dziennie, wywołując potężny niedobór surowca — głównie w Europie i Azji.

Gdyby z rynku nagle „znikło” ponad 5 mln b/d, byłby to prawdopodobnie największy szok naftowy we współczesnej historii. Według obliczeń Philipa Verlegera z serwisu oilprice.com największe zaburzenia w dostawach ropy naftowej wystąpiły w listopadzie 2002 r., gdy strajk nafciarzyodciął dostawy z Wenezueli. Wtedy na dwa tygodnie wstrzymano 5 proc. światowego wydobycia, a ceny ropy wzrosły o 117 proc. Dla porównania — trwające cztery tygodnie arabskie embargo z roku 1973 r. zdjęło z rynku „tylko” 3,3 proc. dostaw, co skutkowało wzrostem cen ropy naftowej aż o 231 proc. Zatem nawet stosunkowo niewielkie zakłócenia potrafią wywołać potężny wzrost cen. Dlatego nawet relatywnie krótka blokada cieśniny Ormuz prawdopodobnie skutkowałaby podwojeniem albo nawet potrojeniem cen ropy, co przy obecnym kursie (ok. 69 USD za baryłkę ropy Brent) implikowałoby ceny w przedziale 140-210 USD za baryłkę. To gospodarczy koszmar, którego konsekwencją byłaby zapewne globalna recesja połączona z gwałtownym skokiem inflacji, a może nawet okresowe braki w dostępie do paliwa.

Benzyna po 8 zł za litr?

Przy ropie Brent po blisko 70 USD za baryłkę litr benzyny bezołowiowej 95 w Polsce kosztuje około 5,25 zł, a oleju napędowego — o kilka groszy mniej. W obu przypadkach ponad połowę ceny stanowią podatki. Część z nich (np. akcyza czy opłata paliwowa) naliczana jest kwotowo, więc detaliczne ceny gotowych paliw rosną wolniej niż kurs ropy naftowej. Zmienna w czasie jest też marża detalisty. Koszt surowca stanowi mniej więcej jedną czwartą detalicznej ceny benzyny. Gdyby cena baryłki ropy podskoczyła do — dajmy na to — 200 USD, to przy dolarze po 4 zł koszt zakupu surowca sięgnąłby 800 zł za baryłkę. Obecnie wynosi ok. 275 zł.

Można więc pokusić się o estymację bazującą na danych historycznych, że przy ropie po 200 USD za baryłkę i dolarze po 4 zł za litr cena litra benzyny czy oleju napędowego na polskich stacjach przekroczyłaby 8 zł. Rzecz jasna trzeba pamiętać, że gospodarka to nie równanie matematyczne i faktyczne ceny zależałyby od rynkowej gry popytu i podaży, ale też od reakcji rządu, który mógłby np. tymczasowo obniżyć podatki.

Cena rzędu 8 zł/l poskutkowałaby drastycznymi podwyżkami cen praktycznie wszystkich towarów konsumpcyjnych, które przecież jakoś trzeba dostarczyć do sklepów. Konsekwencje takiego scenariusza byłyby dramatyczne nie tylko dla polskiej gospodarki. Wciąż wydaje się on jednak zbyt mało prawdopodobny, aby na poważnie brać go pod uwagę. Nie można go jednak również całkowicie wykluczyć, więc zakup kilku dużych kanistrów wydaje się niegłupim posunięciem.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany, Bankier.pl

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu