Produktywność czynników produkcji, czyli ta część wzrostu gospodarczego, której nie da się wytłumaczyć zwiększeniem ilości pracy czy kapitału, stanowi prawdopodobnie najważniejszą miarę ekonomiczną, bo to ona bezpośrednio przekłada się na zamożność kraju.
Dlatego też palące pytanie współczesnej debaty ekonomicznej brzmi: gdzie się podział wzrost wydajności? Fakty są bowiem takie: kraje rozwinięte wydają niebotyczne środki na badania i rozwój, dysponują rzeszami wybitnych naukowców, liczba zgłoszeń patentowych systematycznie rośnie. A produktywność? Rośnie mozolnie. Weźmy Stany Zjednoczone, czyli największą gospodarkę świata wyznaczającą granicę technologiczną. W ostatnich dekadach realne wydatki na innowacje wzrosły pięciokrotnie, podobną skalę wzrostu odnotowała liczba zgłoszeń patentowych. Wydatki na innowacje przekładały się więc niemal jeden do jednego na aktywność innowacyjną kraju. Tymczasem produktywność czynników produkcji rosła średnio zaledwie w tempie 0,36 proc. rocznie. W Polsce średnie tempo przyrostu wydajności (0,67 proc.) było oczywiście nieco większe, ale to dlatego, że startowaliśmy z niskiego pułapu.
Jak wyjaśnić ten paradoks?
Warto przytoczyć dwa badania, z których płyną diametralnie różne wnioski (ale tylko iluzorycznie, jak się później okaże). Nicholas Bloom wraz ze swoim zespołem w pracy zatytułowanej „Are Ideas Getting Harder to Find?" stawia tezę, że przyrost produktywności spowolnił, ponieważ pomysły stają się coraz trudniejsze do znalezienia. Jako cywilizacja dotarliśmy do pewnej ściany. Rządy i korporacje wpompowują coraz więcej środków w wymyślanie idei i innowacji, które mają zmienić świat, ale efektywność ich przekładania na przełomowe technologie systematycznie maleje. Bloom wykazuje, że choć liczba naukowców rośnie w tempie wykładniczym, nie wywołuje to proporcjonalnego przyrostu nowych innowacji w gospodarce. Zespół przytacza intrygujące przykłady oparte na danych empirycznych. W latach 70. XX wieku przeciętne badanie w dziedzinie onkologii klinicznej przekładało się na dodatkowe 16 lat życia na 100 tysięcy ludzi. W 2006 r. było to już mniej niż rok. Pokazują również, że osiągnięcie podwojenia gęstości tranzystorów wymaga dziś 18 razy więcej badaczy niż w latach 70.
Z tym stanowiskiem kategorycznie nie zgadzają się ekonomiści Yoshiki Ando, James Bessen i Xiupeng Wang, którzy w świeżo opublikowanym badaniu już samym tytułem polemizują z koncepcją Blooma. Ich praca nosi tytuł „The Rising Returns to R&D: Ideas Are not Getting Harder to Find". Podważają hipotezę o trudnościach w znajdowaniu idei, sugerując, że wręcz przeciwnie – innowacji jest więcej, ale bardzo szybko stają się przestarzałe i są zbyt mało przełomowe, przez co ich wpływ na produktywność pozostaje marginalny. Większość firm w rzeczywistości nie inwestuje w budowanie zasobów nowej wiedzy – bo to się po prostu nie opłaca, gdy wiedza ta szybko traci aktualność. Zamiast tego firmy skupiają się na odtwarzaniu tego, co już jest dostępne na rynku. Inwestycje netto w innowacje w relacji do inwestycji brutto oscylują w amerykańskim przemyśle wokół zera procent. Oznacza to, że firmy tak naprawdę nie inwestują w rozwój nowych technik produkcyjnych, lecz w odtwarzanie już znanych rozwiązań. Nowe patenty różnią się pod pewnymi względami, ale generalnie krążą wokół tych samych pomysłów, nie stanowiąc prawdziwego przełomu.
Dwa zespoły badawcze korzystają z różnych danych i wydawać by się mogło, że dochodzą do sprzecznych wniosków, ale w istocie przekaz jest zbieżny: przestaliśmy wytwarzać innowacje, które rozlewają się szeroko po gospodarce i fundamentalnie zmieniają sposób, w jaki pracujemy. Mamy super-smartfony w kieszeni, ale pracownicy biurowi nie są znacząco bardziej produktywni niż dwadzieścia lat temu. Jak celnie zauważył kiedyś ekonomista Robert Solow: „Widzę rewolucję komputerową wszędzie, oprócz statystyk produktywności".
Można na ten paradoks produktywności spojrzeć z jeszcze innej strony: korzyści z innowacji w znacznej mierze przypadają konsumentom, a nie producentom, przez co nie znajdują odzwierciedlenia w statystykach PKB ani produktywności. Zjawisko to dostrzegł jako pierwszy ekonomista William Nordhaus, który oszacował, że aż 97 procent korzyści wynikających z postępu technologicznego XX wieku trafiało do konsumentów, nie do firm. Niedawno ekonomiści Erik Brynjolfsson i Avinash Collis odkryli natomiast, że nadwyżka konsumenta – różnica między maksymalną ceną, jaką ludzie są skłonni zapłacić za towar czy usługę, a ceną rzeczywistą – w przypadku technologii sztucznej inteligencji wyniosła w USA aż 97 miliardów USD w 2024 r.
Innowacje ostatnich dekad wieku przekładają się więc na realne zmiany w naszym życiu, nawet jeśli nie dostrzegamy tego w statystykach ekonomicznych. A to prawdopodobnie ważniejsze niż sam wzrost produktywności.
