Dopiero ropa po 200 USD wstrząśnie światem. Bez tego wojna z Iranem to tylko korekta

Kamil KosińskiKamil Kosiński
opublikowano: 2026-03-22 13:00

Historia uczy, że to fundamenty makroekonomiczne, a nie same konflikty zbrojne dyktują warunki na rynkach finansowych. A fundamenty istotnie się nie zmieniają, bo ropa po 100-120 USD w ostatnich 20 latach nie była rzadkością.

Przeczytaj artykuł i dowiedz się:

- dlaczego obecny wzrost cen ropy naftowej nie jest na tyle poważny, by wywołać szok inflacyjny i zmusić banki centralne do podniesienia stóp procentowych

- dlaczego obecne spadki na giełdach po ataku na Iran są mniejsze niż po innych historycznych wydarzeniach, takich jak cła Donalda Trumpa

- jak i dlaczego indeks S&P 500 reagował na ataki na Afganistan, Irak i Ukrainę

- co sprawiło, że polskie aktywa zareagowały na rosyjski atak na Ukrainę inaczej niż rynki światowe

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

To, co się dzieje na rynkach finansowych w związku z amerykańsko-izraelskim atakiem na Iran, to tylko korekta. Wzrostowy cykl koniunkturalny, jaki realizował się w światowej gospodarce przed wybuchem wojny, weźmie górę nad negatywnymi skutkami konfliktu. Z takiego założenia wychodzi Jarosław Niedzielewski, dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Przypomina zarazem, że po tzw. dniu wyzwolenia, w trakcie którego amerykański prezydent Donald Trump zaprezentował tablice ze stawkami ceł dla całego świata, wystarczyło kilka dni, by indeksy giełdowe całego świata spadły bardziej niż po trzech tygodniach wojny w Zatoce Perskiej. Różnica jest szczególnie widoczna w przypadku amerykańskiego S&P 500. Od ataku na Iran osunął się o 5 proc., podczas gdy w 2025 r. w kilka dni spadł o 12 proc.

– By obecny konflikt wpłynął na gospodarkę, ceny ropy musiałby wzrosnąć powyżej 200 USD za baryłkę, a w szczególności musiałoby dojść do czegoś takiego, jak w latach 70. XX w. – mówi Jarosław Niedzielewski.

Tak zwany szok naftowy wywołany wojną Jom Kippur spowodował, że baryłka ropy podrożała wtedy w pierwszym odruchu z 3 do 11 USD, a potem jeszcze bardziej. Skala obecnego wzrostu cen surowca jest więc nieporównywalna nawet do pierwszej reakcji na ówczesne embargo państw arabskich (nominalnie ceny są zupełnie inne ze względu na spadek wartości pieniądza).

– Obecny wzrost cen ropy nie jest takim szokiem jak tamten. Ropę po 100-120 USD za baryłkę widzieliśmy w ostatnich 20 latach kilka razy – przypomina Jarosław Niedzielewski.

Jego zdaniem trudno więc mówić o szoku inflacyjnym wywołanym wzrostem cen energii, nawet jeśli obecna wojna zakończy się dopiero za dwa, trzy miesiące albo nawet będzie trwać dłużej, ale nie będzie już eskalować, co w tym kontekście oznacza, że rafinerie nad Zatoką Perską nie zostaną starte z powierzchni ziemi.

– Odbudowa uszkodzonych zakładów zajmie wiele miesięcy, a ponowne uruchomienie zamkniętych kilka tygodni, więc ceny paliw pozostaną wyższe. Ale jak będą się utrzymywać w okolicach 120 USD za baryłkę ropy przez najbliższe tygodnie, a potem unormują się na poziomie 80-90 USD, to gospodarka sobie z tym poradzi. Nie powinno to mocno zachwiać wzrostem gospodarczym na świecie, a banki centralne nie będą musiały znacząco podnosić stóp procentowych, ponieważ podbicie inflacji obejmie jedynie bieżący rok. W 2027 r. ceny ropy nie będą już zwiększać inflacji – tłumaczy Jarosław Niedzielewski.

Nasz rozmówca przypomina też, ze w 1999 r. ropa podrożała jeszcze bardziej niż po obecnym ataku na Iran, ale nie przeszkodziło to gospodarce się rozwijać, a hossę na giełdach podbiła jeszcze dodatkowo spekulacja na spółkach internetowych.

Ryzyko rośnie, ale…

Przedłużające się konflikty zbrojne XXI w. z udziałem mocarstw atomowych nie wykazują jednoznacznej korelacji z zachowaniem rynków finansowych. Miesiąc po amerykańskich inwazjach na Afganistan w październiku 2001 r. i Irak w marcu 2003 r. indeks S&P 500 był tylko ciut powyżej poziomu sprzed rozpoczęcia walk. W pierwszym przypadku rok później był jednak 25 proc. na minusie, podczas gdy w drugim 27 proc. na plusie.

Według Jarosława Niedzielewskiego ta różnica wynika z tego, że oba konflikty toczyły się na tle innych faz cyklu koniunkturalnego. W trakcie ataku terrorystycznego na World Trade Center w 2001 r., który stał się pretekstem do ataku na Afganistan, cykl koniunkturalny był już w fazie spadkowej. Rok 2002 był pokłosiem pęknięcia tzw. bańki internetowej oraz innych negatywnych zjawisk, z ujawnieniem fałszerstw księgowych w energetycznym Enronie na czele. Z kolei w 2003 r. gospodarka zaczęła odbijać, spółki internetowe co miały stracić, to straciły, a inne nie publikowały już gorszych wyników finansowych.

– Same wojny były tematem medialnym, ale dla gospodarki nie miały znaczenia. Szczególnie ta w Afganistanie. Jego miejsce na gospodarczej mapie świata jest znikome – podkreśla strateg Investors TFI.

Zastrzega jednak, że to, co się obecnie dzieje nad Zatoką Perską, ma inny wymiar niż zdarzenia sprzed ćwierć wieku. Wtedy działania zbrojne udało się zamknąć w granicach Iraku. Obecnie konflikt rozlał się na Arabię Saudyjską, Bahrajn, Katar, Kuwejt i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Do akcji weszli też sprzymierzeni z Iranem jemeńscy Huti, którzy negatywnie oddziałują na trasy żeglugowe nie w Zatoce Perskiej, lecz na Morzu Czerwonym.

– Konsekwencje obecnej wojny są więc już większe. Ryzyko jest zdecydowanie większe od wojen w Afganistanie i Iraku, ale to ciągle jeszcze nie oznacza, że będzie ona miała znaczący wpływ na wyniki spółek i stan gospodarki. Na razie mam nadzieję, że pozytywne tendencje, z jakimi mieliśmy do czynienia w ostatnich miesiącach w światowej gospodarce, przeważą nad negatywnymi konsekwencjami trwających od trzech tygodni działań wojennych. Przemysł znajdujący się w stagnacji od trzech lat zaczął pokazywać wreszcie oznaki ożywienia zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Niemczech – mówi Jarosław Niedzielewski.

Straciliśmy więcej, bo byliśmy blisko

Nie tylko Stany Zjednoczone są mocarstwem atomowym, które w XXI w. uwikłało się w długotrwała wojnę. W lutym 2022 r. Rosja zaatakowała Ukrainę. Już miesiąc później S&P 500 był prawie 10 proc. niżej niż przed rozpoczęciem walk i mniej więcej na takim samym poziomie był po roku. Jarosław Niedzielewski uważa, że i te spadki należy jednak postrzegać w szerszym kontekście. Przypomina, że inflacja wywołana drukowaniem pieniędzy w trakcie pandemii ujawniła się już w 2021 r., co wywołało podwyżki niemal wyzerowanych wówczas stóp procentowych przez banki centralne.

– One nie zwracały uwagi na to, że jest wojna. Po prostu podnosiły stopy w obliczu inflacji wywołanej drukowaniem pieniądza, a nie wojną, i to był szok dla gospodarek i inwestorów, który przełożył się na spadki notowań spółek giełdowych. Wojna jako taka zaszkodziła wtedy tylko naszemu rynkowi. Ponieważ wybuchała ona tuż za naszą granicą, przecena na GPW była znacząco wyższa, niż gdyby jej nie było. Z perspektywy globalnej wojna nie miała jednak znaczenia – komentuje dyrektor departamentu inwestycji Investors TFI.

Możesz zainteresować się również: