E-apteki trzymane za twarz

Eugeniusz Twaróg
opublikowano: 14-05-2007, 00:00

Ministerstwo chce mocno ściągnąć cugle aptekom internetowym. Wolimy przeregulować rynek, niż pozwolić, żeby ktoś umarł — mówi resort.

Resort zdrowia dzięki Niemcom wystraszył się liberalizacji rynku leków

Ministerstwo chce mocno ściągnąć cugle aptekom internetowym. Wolimy przeregulować rynek, niż pozwolić, żeby ktoś umarł — mówi resort.

Przedstawicielom aptek internetowych udało się wreszcie dostać do Ministerstwa Zdrowia, żeby przedstawić stanowisko w sprawie projektu rozporządzenia regulującego handel lekami w sieci. Doszło do spotkania z urzędnikami, ale efekty dla jego e-aptek są mizerne. Ministerstwo, które jeszcze kilka miesięcy temu było zwolennikiem liberalizacji przepisów w tej sprawie, ostatnio mocno się usztywniło.

— Bardzo skrupulatnie rozważamy zapisy rozporządzenia. Wolimy przeregulować rynek, niż dopuścić, żeby ktoś zmarł wskutek zbyt daleko posuniętej liberalizacji — wyjaśnia Paweł Trzciński, rzecznik ministerstwa.

Niemiecka rada

Skąd ta wolta, skoro jeszcze niedawno na stronach internetowych resortu można było znaleźć bardzo łagodny projekt rozporządzenia, przygotowany jesienią ubiegłego roku? Od tamtego czasu sporo się zmieniło. Kiedy zaczęła się debata nad liberalizacją handlu w sieci, odezwały się niemieckie służby farmaceutyczne, przestrzegając ministerstwo przed nadmiernym poluzowaniem przepisów, ponieważ grozi to zupełnym rozregulowaniem rynku leków z poważnymi konsekwencjami dla nabywców leków.

— To był dla nas ważny sygnał. Wbrew temu, co się mówi, sprzedaż leków w internecie nie jest zjawiskiem powszechnym w Europie. Polska jest czwartym krajem, który na nią zezwolił — mówi Paweł Trzciński.

Doświadczenia Niemców wskazują, że handel w sieci trzeba poddać jak najściślejszej kontroli. Resort wziął sobie te rady do serca. Dodatkowo nabrał dystansu do zbytniej liberalizacji, po ożywionej dyskusji, jaka przetoczyła się przez media i parlament zimą tego roku w związku z projektowanym zakazem sprzedaży leków w sieci.

— Postawa właścicieli internetowych aptek często była nie do przyjęcia. Handel lekami to nie to samo, co sprzedaż kosmetyków. To nie jest tylko zwykły biznes. Wiele osób zdawało się tego nie rozumieć — mówi Paweł Trzciński.

Nie ustąpimy ani na krok

Dlatego ministerstwo postanowiło ująć sprawę mocną ręką. Zapowiada, że nie ugnie się przed protestami w sprawie całodobowych dyżurów telefonicznych w aptekach internetowych. Nie ma też mowy o złagodzeniu przepisów określających zasady transportu leków od punktu sprzedaży do odbiorcy.

— W tych kwestiach nie ustąpimy nawet na krok. Farmaceuta w aptece internetowej musi być dostępny cały czas pod telefonem, ponieważ leki w sieci można kupić przez 24 godziny — mówi Paweł Trzciński.

Obostrzenia w sprawie transportu tłumaczy zaś tym, że lek nie może być przewożony przez firmę kurierską jak zwykła paczka, ponieważ część medykamentów jest bardzo wrażliwa na temperatury.

Jedyne, co udało się uzyskać przedstawicielom wirtualnych aptek po piątkowym spotkaniu w ministerstwie, to zgoda na złagodzenie wymogów dotyczących ewidencjonowania sprzedaży — informacji nie trzeba będzie archiwizować w wersji papierowej. Resort przystał też na postulat w sprawie etykietowania przesyłek z lekami (wystarczy umieścić na nich standardowe informacje) oraz zgodził się, by towar w aptece internetowej można było zamawiać również telefonicznie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Eugeniusz Twaróg

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy