W czwartek odbyło się comiesięczne posiedzenie EBC, po którym ekonomiści i inwestorzy szukali sygnałów dotyczących tego, kiedy bank może zacząć ciąć stopy. Nie doczekali się. EBC opublikował projekcje makroekonomiczne, w których obniżył przewidywania dotyczące inflacji i PKB, ale żadnych wskazówek odnośnie możliwego łagodzenia polityki pieniężnej nie było ze strony prezes Christine Lagarde. O ile w zeszłym roku taka polityka była zrozumiała, bo priorytetem było zwalczenie inflacji, o tyle dziś jest to coraz bardziej kontrowersyjne. Realna stopa procentowa w strefie euro stopniowo rośnie, dusząc popyt konsumpcyjny i inwestycyjny. Po co wydawać pieniądze, jeżeli można je oszczędzić na procent, którego od wielu, wielu lat nikt nie widział.
Prognozy makro dla strefy są słabe, choć na szczęście nie depresyjne. Inflacja w tym roku ma wynieść 2,3 proc. (vs 2,7 proc. w grudniowej prognozie), a w przyszłym 2 proc. (vs 2,1 proc. widziane w grudniu). Wzrost gospodarczy ma sięgnąć w tym roku 0,6 proc. (vs 0,8 proc. prognozowane trzy miesiące temu), a w przyszłym roku 1,5 proc. Nie ma żadnej katastrofy, inflacja spokojnie schodzi sobie do celu, bezrobocie nie rośnie, więc teoretycznie nie ma mocnych przesłanek do obniżania kosztu pieniądza.
Jednak w praktyce te prognozy wskazują na długotrwałą słabość strefy euro. Przede wszystkim, jest to kolejna z rzędu redukcja prognoz PKB i inflacji, pokazująca, że EBC nie docenia słabości popytu. Bilans ryzyka ewidentnie się przesunął w porównaniu z zeszłym rokiem, kiedy można było bardzie martwić się o inflację niż koniunkturę. Ponadto strefa wypada dużo słabiej niż Stany Zjednoczone, gdzie ożywienie gospodarcze, wiedzione ustępowaniem kryzysu energetycznego, zaczęło się już rok temu. I wreszcie należy podkreślić, że restrykcyjna polityka fiskalna i pieniężna mogą doprowadzić do trwałych szkód w potencjale rozwojowym akurat w okresie, gdy Europa bardzo potrzebuje inwestycji - w transformację energetyczną i zdolności obronne.
Strefa zaczyna wykazywać brak zdolności koordynacji polityki makroekonomicznej. Realne stopy procentowe w strefie euro rosną, a jednocześnie rządy strefy zacieśniają politykę fiskalną poprzez redukcję deficytów fiskalnych. Stopa EBC pomniejszona o oczekiwaną inflację zbliża się już do 2 proc., czyli poziomów niewidzianych od czasów sprzed kryzysu finansowego. Taką sytuację można jeszcze zrozumieć w USA, gdzie wzrost gospodarczy jest bardzo szybki, ale nie w strefie objętej stagnacją i pesymizmem biznesu oraz konsumentów. Deficyty fiskalne maleją, m.in. pod wpływem przywracania tzw. procedury nadmiernego deficytu przez Unię Europejską, która zmusza kraje do stopniowej redukcji długu i deficytów.
Kilka miesięcy temu dwóch ekonomistów, Luca Fornaro i Martin Wolf, opublikowało ciekawe badanie teoretyczne pt. „The scars of supply shocks: Implications for monetary policy”*, w którym przekonują, że zła koordynacja polityki pieniężnej i fiskalnej może obniżyć potencjał rozwojowy i pogorszyć problem z inflacją. Piszą oni tak: „Rośnie liczba dowodów empirycznych, które sugerują, że po głębokich recesjach, w tym wywołanych negatywnymi szokami podażowymi, następują niezwykle trwałe spadki PKB poniżej długotrwałego trendu”. I dalej: „Skuteczna dezinflacja może wymagać połączenia polityki zacieśniania monetarnego i interwencji fiskalnych mających na celu wspieranie inwestycji firm w zdolności produkcyjne gospodarki”.
Strefa euro tymczasem podąża w odwrotnym kierunku, zakładając sobie pętlę na szyję. Czysta bezbronność makroekonomiczna. Można mieć nadzieję, że inflacja spadnie na tyle szybko, że w ciągu paru miesięcy nastąpi jakieś przebudzenie.
*Luca Fornaro, Martin Wolf, “The scars of supply shocks: Implications for monetary policy”, Journal of Monetary Economics, Volume 140, 2023

