Firmy spekulowały, teraz za to płac(z)ą

Andrzej Stec
16-12-2008, 00:00

W ostatnich tygodniach było głośno o toksycznych opcjach. Polscy przedsiębiorcy stracili na nich miliardy złotych,

azjatyccy — jeszcze więcej

O opcjach walutowych tak głośno w polskich mediach jeszcze nie było. "To ewenement" — tak o całej sprawie mówili niedawno przedstawiciele renomowanej firmy konsultingowej Deloitte.

W skrócie chodzi o masowe wystawianie na wakacjach opcji (typu Call) przez polskich eksporterów. Za niewielką premię zobowiązali się oni do dostawy w przyszłości euro i dolarów po określonym kursie. Problemu by nie było, gdyby wartość umów opiewała na rzeczywiste wpływy eksportowe. Firma ewentualną stratę na opcjach pokryłaby wtedy wyższymi wpływami z eksportu. Niestety, rzesza spółek przeszarżowała z ryzykiem. Wystawiła opcje, których wartość była nawet kilkakrotnie wyższa niż spodziewane przychody. To niczym nie przypominało transakcji zabezpieczającej, lecz raczej zwykłą spekulację walutową.

Najwięcej opcji wystawiono na wakacjach. Wtedy euro kosztowało nad Wisłą nawet 3,2 zł, a dolar — 2 zł. Jesienią złoty gwałtownie stracił na wartości. Euro skoczyło do 3,9 zł, a dolar — ponad 3 zł. Firmy popadły w tarapaty finansowe, bo muszą obecnie rozliczyć feralne transakcje po niekorzystnym, dużo wyższym kursie niż na wakacjach. Skala problemu może porażać (świadczą o tym m.in. liczne telefony do naszej redakcji). "Mamy zagrożenia, które dotknęły dziesiątki, jeśli nie setki przedsiębiorstw w Polsce — tzn. operacje na różnego rodzaju strukturach finansowych, opcyjnych, które mogą wywołać bardzo poważne niebezpieczeństwa dla polskich przedsiębiorców" — potwierdza wicepremier i minister gospodarki Waldemar Pawlak. Wciąż brakuje jednak szczegółowych wyliczeń możliwych strat krajowych przedsiębiorców. Według różnych źródeł mogą one sięgnąć kilkuset milionów złotych (to sugeruje Deloitte), a nawet kilka miliardów złotych. Problem spekulacji walutowym nie ominął spółek notowanych na warszawskiej giełdzie. Wśród ofiar opcji znalazł się m.in. Ciech (stracił 100 mln zł), budowlany Erbud (47 mln), Ropczyce (12 mln) czy PPWK.

Niektórzy analitycy i przedsiębiorcy mówią wprost: uknuto intrygę, aby wyciągnąć od firm zyski wypracowane w ostatnich latach. "Najpierw, na wakacjach wciśnięto nam opcje, później sztucznie osłabiono złotego, abyśmy stracili fortuny" — żalił się nam niedawno właściciel małej rodzinnej spółki ze Śląska. Ostra krytyka spadła zwłaszcza na głowy krajowych banków, drugą stronę transakcji opcyjnych. Niektórzy eksporterzy zarzucają im, że oferując opcje, nienależycie informowały o grożącym niebezpieczeństwie. Teraz firmy wynajmują prawników i próbują podważyć zawarte umowy.

Banki się bronią. Ich przedstawiciele twierdzą z kolei, że wystawcy opcji wiedzieli o ryzyku, a decydowali się na spekulację, licząc na dodatkowe zyski z rosnącego w siłę złotego. Na dowód pokazują nawet 40-stronicową umowę ramową podpisywaną z firmami. Można tam znaleźć klauzulę informującą o wysokim ryzyku towarzyszącym derywatom walutowym. Poza tym bankowcy przekonują, że krajowe banki również muszą się rozliczyć z opcji. W momencie ich zakupu od przedsiębiorców z automatu reasekurowali się bowiem za granicą (tj. odsprzedali opcje). Finalnym właścicielem walutowych opcji są więc zagraniczne banki inwestycyjne. Oficjalnie nikt nad Wisłą nie chce ujawnić żadnych nazw (według medialnych doniesień może chodzić m.in. o amerykański JP Morgan).

Okazuje się, że problem toksycznych walutowych instrumentów pochodnych jest znacznie szerszy i wychodzi za granicę. Żyje nim niemal cały Daleki Wschód. Miliardy potracili eksporterzy hinduscy czy chińscy. Dużym echem odbiła się zwłaszcza sprawa potężnego konglomeratu z Hongkongu, Citic Pacific. W październiku wyszło na jaw, że spółka straci kilka miliardów dolarów na ryzykownych operacjach walutowych. Wśród dostawców derywatów znalazła się brytyjska grupa HSBC, amerykańska Citigroup i francuska grupa BNP Paribas. Władze monetarne Hongkongu sprawdzają już, czy tamtejsze banki właściwie informowały klientów o ryzyku, a chiński regulator chce zwiększyć przejrzystość rynku opcji.

Najgłośniej jednak o Korei Południowej. Firma analityczna Standard Poor's szacuje, że tamtejsze firmy mogły stracić na tzw. derywatach walutowych co najmniej 2,4 mld USD. Koreańscy eksporterzy też łączą siły i razem skarżą do sądu banki, które rozprowadzały opcje. Próbują podważyć zawarte umowy, twierdząc że banki wprowadziły ich w błąd i nie poinformowały należycie o ryzyku. Sprawą zainteresował się tamtejszy rząd i odpowiednik Komisji Nadzoru Finansowego. Obecnie w Korei trwają prace nad przepisami, które ograniczą firmom dostęp do derywatów tylko do "realnych potrzeb".

Cztery grzechy polskich firm

1. Pomieszanie pojęć

Hedging i transakcje spekulacyjne zostały ze sobą wymieszane i powiązane w struktury, które były pozornie hedgingowe, ale zawierały element spekulacyjny.

2. Braki kompetencyjne firm

Nie wszystkie podmioty były świadome, że podejmują się spekulacji. To efekt m.in. niewiedzy i braku umiejętności oceny ryzyka.

3. Nonszalancja i nieodpowiedzialne podejmowanie ryzyka

Niektóre firmy były świadome, że z transakcjami spekulacyjnymi wiąże się ryzyko, ale oceniły je jako warte podjęcia dla osiągnięcia krótkoterminowych zysków. Wydawało im się, że prawdopodobieństwo strat jest niewielkie.

4. Brak kontroli

Możliwe są przypadki, gdzie transakcje zostały zawarte bez odpowiedniej autoryzacji czy świadomości kierownictwa. Źródło: Deloitte

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Andrzej Stec

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Waluty / Firmy spekulowały, teraz za to płac(z)ą