Realnie najprawdziwszym wyjaśnieniem jest namówienie prezydenta USA do współudziału przez przebiegłego izraelskiego premiera Benjamina Netanjahu. Dla społeczeństwa amerykańskiego to jednak za mało. Zdecydowanie pokonana w 2024 r. część liberalno-demokratyczna coraz bardziej utwierdza się w przekonaniu, że 47. prezydent to plaga, która na dumny kraj spadła akurat w jego 250-lecie (urodziny już za cztery miesiące, 4 lipca 1776-2026). Coraz głośniejsze pomruki słychać także ze zwycięskiej części konserwatywno-republikańskiej. Zawiedzeni są zwłaszcza ideowi aktywiści ruchu MAGA (Make America Great Again), którzy wierzyli, że uczynienie przez ich idola Ameryki znowu wielką skoncentrowane zostanie na podniesieniu poziomu życia jej obywateli. Tymczasem doczekali się rozpętania przez Donalda Trumpa od pierwszych tygodni prezydentury w 2025 r. wojny handlowej z całym światem, która przyniosła nieuchronny wzrost cen na rynku amerykańskim. Cła jako parapodatki nakładane samowolnie przez prezydenta okazały się bezprawne bynajmniej nie w stosunku do reguł Światowej Organizacji Handlu, lecz Konstytucji USA. Donald Trump wciąż pozostaje w szoku po porażce 3:6 w Sądzie Najwyższym, w którym sędziowie o poglądach konserwatywno-republikańskich mają przewagę 6:3, ale akurat w sprawie ceł aż troje spośród nich opowiedziało się kompetentnie w obronie konstytucyjnej opoki państwa.
Od weekendu Donald Trump wyeksportował spiralę podwyżek cen na cały świat. Wojna bezpośrednio uderzyła w gaz i ropę naftową, ale także w komunikację lotniczą, turystykę, łańcuchy dostaw i pośrednio w całą gospodarkę. Od soboty prezydent już kilka razy zmieniał zeznania, jaki był i nadal jest prawdziwy cel potężnego ataku. W pierwszej, najbardziej oficjalnej wersji chodzi o „obronę narodu amerykańskiego poprzez eliminację bezpośrednich zagrożeń ze strony reżimu irańskiego”. Wiarygodność takiej szczytnej deklaracji jest jednak mocno ograniczona, albowiem amerykańscy prezydenci i najwyżsi wojskowi właśnie w takich kwestiach już wielokrotnie mijali się z prawdą. Klasycznym przykładem było kłamstwo prezydenta George’a W. Busha i sekretarza stanu Colina Powella – a przy okazji brytyjskiego premiera Tony’ego Blaira – z 2003 r., którzy przekazywali ONZ i całej ludzkości niezbite dowody o posiadaniu przez Saddama Husajna broni masowego rażenia oraz rozwijaniu programu nuklearnego. Oczywiście był zbrodniarzem, zasadnie później skazanym na karę śmierci przez Irakijczyków, ale akurat wszystkie jego oskarżenia o zagrożenie globalne były lipą. Program atomowy Iranu stoi oczywiście o niebo wyżej niż kiedyś Iraku, ale po tamtej nauczce świat dokonuje całkowicie uprawnionej krytycznej weryfikacji współczesnych uzasadnień z ust Donalda Trumpa.
Na wszelki wypadek prezydent przygotował wersję rezerwową. Alternatywnym powodem jest nadrzędny cel humanistyczny, czyli wsparcie uciemiężonego przez teokratyczną tyranię irańskiego społeczeństwa. Z Waszyngtonu płyną nawoływania, by Irańczycy brali sprawy w swoje ręce i przejmowali władzę, która po ciężkich nalotach podobno leży na ulicy. Co jest całkowitym absurdem, islamska republika od pół wieku jest tak mocno obsadzona, że ucięcie nawet nie jednej, lecz kilku kierowniczych głów powoduje natychmiastowe odrastanie następnych. Wszystkie ofiary cywilne utwierdzają sfanatyzowane rzesze szyickie, że Ameryka była, jest i pozostanie szatanem.
Generalnie jedyną strategią Donalda Trumpa pozostaje bombardowanie Iranu aż do skutku. Zaś coraz bardziej przebijającym się celem, który dotychczas pozostawał głęboko schowany, jest po prostu robienie przez USA biznesu z jakimiś nowymi władzami pobitej, wyniszczonej, rozbrojonej, upokorzonej islamskiej republiki, która nadal będzie oczywiście dysponowała zasobami atrakcyjnymi dla Stanów Zjednoczonych nie tylko w obszarze energetycznym. Wracając zaś do kryptonimu operacji – epickość we wszystkich językach oznacza wartość niezwykłą, wspaniałą, imponującą, ewentualnie bardzo dużą. Tylko ten ostatni wariant pasuje do wojennej furii, rozchodzącej się na cały Bliski Wschód, a pośrednio na świat.

