Giełdowy rollercoaster

Notowania zielonych certyfikatów doprowadzają branżę OZE do palpitacji serca. Wyjaśnień tyle, ilu rozmówców

Jazda bez trzymanki, raz w dół, raz w górę. Ceny zielonych certyfikatów, notowanych na Towarowej Giełdzie Energii (TGE), przyprawiają w ostatnich tygodniach o zawrót głowy. Czy to normalne? Komisja Nadzoru Finansowego (KNF) woli to sprawdzić. Tak na wszelki wypadek.

Zobacz więcej

FOT. BLOOMBERG

— TGE jest giełdą towarową. KNF standardowo monitoruje obroty pod kątem ewentualnej manipulacji cenami. W związku z ostatnimi znaczącymi wahaniami cen rutynowo ustalamy strony transakcji — mówi Łukasz Dajnowicz, rzecznik KNF.

Albo system ma wady…

Branża tłumaczy sobie wahania na różne sposoby. Pierwszym podejrzanym jest zbyt płytki giełdowy rynek zielonych certyfikatów.

— Zawiera się na nim zaledwie 20 proc. wszystkich transakcji, a resztę — poza sesją, w ramach długoterminowych umów bilateralnych. Z tego powodu jest narażony na manipulacje — wyjaśnia Christian Schnell, partner w kancelarii DeBenedetti Majewski Szcześniak. Pięty achillesowej przedstawiciele branży dopatrują się też w samym systemie zielonych certyfikatów. Chodzi m.in. o możliwość uiszczania opłaty zastępczej, która zwalnia z obowiązku zakupu świadectw pochodzenia energii z zielonego źródła. „Mogę jedynie przypuszczać, że energetyka zawodowa, płacąc opłatę zastępczą, gra na spadek cen zielonych certyfikatów. A to może mieć wpływ na wyeliminowanie konkurencji na rynku” — spekuluje w sejmowej interpelacji Jacek Najder z klubu poselskiego Ruchu Palikota. Poseł wylicza, że w ubiegłym roku średnia cena certyfikatów wyniosła ok. 251 zł, czyli była o ponad 12 proc. niższa od opłaty zastępczej. Mimo to wpływy z tytułu opłaty sięgnęły 326 mln zł. Dlatego domaga się wyjaśnień. Poprosił Ministerstwo Gospodarki o informacje, „które podmioty zobowiązane do umorzenia zielonych certyfikatów wnosiły opłatę zastępczą w 2012 i 2013 r.”.

— Celem jest identyfikacja skali tzw. parkowania zielonych certyfikatów przez grupy energetyczne — wyjaśnia Jacek Najder. Możliwość parkowania to kolejny słaby punkt systemu zielonych certyfikatów.

— Zielone papiery mają bezterminową ważność, co zachęca do ich spekulacyjnego gromadzenia i przechowywania. W połączeniu z nadpodażą wywołało to panikę i spowodowało presję na spadek cen — twierdzi Christian Schnell.

…albo to spisek

Jest też teoria spiskowa. Eksperci z branży wiatrowej chętnie zwracają uwagę, że spadek cen zielonych certyfikatów poprzedzał transakcję sprzedaży aktywów wiatrowych duńskiego Donga i hiszpańskiej Iberdroli. Nie pozostał prawdopodobnie bez wpływu na ich wycenę — w końcu farmy wiatrowe osiągają połowę przychodów ze sprzedaży zielonych papierów. A odbicie na rynku nastąpiło w momencie zamknięcia transakcji. Nabywcą w obu przypadkach było konsorcjum dwóch państwowych firm — PGE i Energi. Tuż przedtem wystąpił też Jerzy Pietrewicz, nowy wiceminister gospodarki, zapowiadając potencjalną interwencję na zielonym rynku. Jednak tylko część branży wiąże odbicie z tą deklaracją.

Ekowsparcie

Zielone certyfikaty to mechanizm, za pomocą którego państwo wspiera rozwój odnawialnych źródeł energii (OZE). Działa następująco: każdy dystrybutor energii musi udowodnić, że osiągnął określony na dany rok obowiązkowy udział zielonej energii w portfelu. Świadectwa pochodzenia energii, czyli — w przypadku OZE — zielone certyfikaty, przyznaje Urząd Regulacji Energetyki. Dostają je firmy wiatrowe, biogazownie etc., które następnie sprzedają je dystrybutorom, należącym w większości do wielkich państwowych firm energetycznych.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Magdalena Graniszewska

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Giełdowy rollercoaster