Goła prawda

Agnieszka Ostojska
18-04-2003, 00:00

Zmęczony, po tygodniach wojennej wędrówki po Iraku z amerykańską armią wraca na święta do domu — do Londynu. Nie boi się zdziczałego, rabującego tłumu Irakijczyków. Ale bał się ostrzału, który trwał dwa tygodnie. To najniebezpieczniejsza wojna w jego 20-letniej karierze korespondenta wojennego. Cieszy się, że wyszedł z niej żywy.

„Puls Biznesu”: Gdzie teraz jesteś?

Walter Rodgers: — Już w Kuwejcie, wczoraj wyjechałem z Bagdadu. Wracam do domu. Do Londynu, na święta.

- Jak długo byłeś w Iraku?

— Wiele tygodni. Przyjechałem jeszcze przed wojną. Byłem między innymi w Bagdadzie w czasie oblężenia. I z VII dywizją US Army.

- Czy najniebezpieczniej było już po walkach, gdy zaczęły się rabunki, gdy tłum zwykłych obywateli stał się groźny?

— Skąd! Ja się tłumu nie boję. Boję się, gdy ktoś do mnie z niego strzela. Najniebezpieczniej było, gdy Irakijczycy do nas strzelali. A strzelali każdego dnia, przez bite dwa tygodnie. Celowali do nas wszyscy: irakijscy żołnierze, fedaini, straż republikańska. Ostrzeliwano nas regularnie. Nie wiem, który dokładnie moment był najgroźniejszy. Ale bałem się. I to bardzo!

- Jak Irakijczycy zachowują się teraz?

— Rabują, zabijają, podpalają. W Bagdadzie byłem zdumiony, że ludzie obwiniają USA za złe zachowanie Irakijczyków. Każdy przecież jest odpowiedzialny za siebie: gdy ktoś kradnie i plądruje, robi to na własny rachunek. Europejczykom trochę za łatwo przychodzi obarczanie Amerykanów przestępstwami innych nacji. W końcu to amerykańscy żołnierze płacą życiem.

- Nie masz wrażenia, że wojna w Iraku to wielkie reality show: wszystko na żywo. Ryzykujesz życie, by zdobyć relację, na którą widzowie patrzą obojętnie. Znane jest każde posunięcie wojsk, zanim się je rozpocznie?

— Nie zgadzam się z tym! Wszystko faktycznie toczyło się na żywo. Ale przecież nadal jest wiele niewiadomych. Nie wiemy, gdzie jest Saddam Hussajn i co się z nim stało. Nie znamy stopnia zaawansowania badań nad bronią jądrową w Iraku, ani nie wiemy nic o rodzaju i ilości broni chemicznej i biologicznej w tym kraju. Nadal więcej pytań jest bez odpowiedzi niż tych, na które odpowiedź znamy. A wszystko jest przecież on-line.

- W jakim stopniu telewizyjne relacje były prawdziwe?

— Nie wiem. Całą prawdę znam tylko o tym, co sam przeżyłem i gdzie byłem. Wszystko, co muszę zrobić jako dziennikarz, to zrelacjonować moją prawdę. Podobnie postępuje większość reporterów amerykańskich. Prawda ponad wszystko! Nie sądzę, aby dziennikarze irakijscy mieli na uwadze rzetelność informacji...

- Bardziej propagandę reżimu?

— To twoje słowa. Nie moje. Pracuję w biznesie, gdzie liczy się prawda. Relacjonuję to, co widzę. Nie upiększam, nie zmieniam. Goła prawda. Nie obchodzi mnie, co i gdzie się o tym sądzi. Robię swoje.

- Mieliście jakieś ograniczenia co do podawanych informacji — choćby cenzurę wojskową?

— Pentagon dał nam bardzo jasne i rozsądne reguły. Nie wolno nam było podawać informacji o dokładnej liczbie wojska, czołgów, militariów. Jak najbardziej zrozumiałe i jak najbardziej fair. Nie mogliśmy również raportować o planach operacji przed ich rozpoczęciem. Nawet jeżeli o tym wiedzieliśmy — a zwykle tak właśnie było. Też zrozumiałe. Zakaz obejmował także wiadomości, dotyczące w jakiś sposób życia żołnierzy. To również zrozumiałe.

- Czy przed przyjazdem do Iraku przeszedłeś szkolenie militarne — np. jak się zachować w czasie ostrzału, ataku chemicznego itp.

— Nie. Przeszliśmy tylko przeszkolenie wewnętrzne CNN o broni chemicznej i biologicznej. Zresztą po co miałbym przechodzić jakiekolwiek szkolenie? Jestem na wojnie od 20 lat. To nie moja pierwsza wyprawa tego typu. Poza tym nikt tak naprawdę nie nauczy cię, jak pozostać wśród żywych na wojnie. Mnie się to do tej pory udawało. Choć czasem nie wiem jak...

- Dość nietypowe — 20 lat doświadczeń na wojnie....

— No tak, nietypowe.

- Czy zagrożenie użycia broni chemicznej czy biologicznej było rzeczywiste? Jak to tam odczuwaliście?

— To nawet nie było zagrożenie... To był prawdziwy strach! Czuło się go na każdym kroku. Wszyscy żołnierze, z jakimi rozmawiałem, najbardziej bali się właśnie tej broni. To była tak naprawdę jedyna rzecz, przed którą czuli strach. Nie bali się Irakijczyków, ale użycia przez nich broni chemicznej i biologicznej.

- Rozumiem, że nie rozstawałeś się z maską gazową?

— Raczej nie. Niestety, czasem bywam trochę roztargniony. Niekiedy musiałem biec kilkaset metrów, by odnaleźć zagubione w pośpiechu rzeczy, więc maska schodziła na dalszy plan. Jednak miałem ją na uwadze. Przynajmniej podświadomie. Ale obawiam się, że nie byłbym najlepszym żołnierzem.

- Gdzie się akredytowałeś?

— Nie wiem. CNN ubiegało się o akredytację dla mnie. Przywieźli na miejsce, wysadzili, powiedzieli: „tutaj jest twoje miejsce”. I tyle. Szczegóły? Nie mam do tego głowy. Sam proces akredytacji jest bardzo prosty. Jeżeli startuje się z organizacji informacyjnej typu CNN, to ona występuje z prośbą do amerykańskiej armii, wskazuje, że chce cię wysłać. Armia się zgadza — i już zostałeś wysłany. Tyle. Tak to wygląda.

- Wojna w Iraku to już dla ciebie przeszłość...

— Zaraz, zaraz... Jeszcze chwilę. Zaledwie wczoraj wydostałem się z Bagdadu. Brak mi obiektywnego sądu. Na razie cieszę się, że wracam do domu. W końcu odpocznę.

- Jak na to wszystko, co cię tam spotkało, patrzysz teraz z Kuwejtu?

— Dobrze znasz Szekspira?

- Dobrze...

— Chodzi o Henryka V. Po tym jak pokonał Francuzów powiedział: „Dzięki Bogu za to, nie naszej sile”* — dlatego cieszę się, że wyszedłem z tego cało. Znowu mi się udało!

- A w porównaniu z poprzednimi wojnami...

— Ta nie była co prawda pierwsza, ale za to najniebezpieczniejsza. Najbardziej odczułem ją na własnej skórze, najbardziej się o siebie bałem.

- Ryzykujesz życiem... Ile ci za to płacą? To, co dajesz, to najwyższa stawka...

— Dokładnie tyle samo, ile za siedzenie w biurze w Londynie i dłubanie w nosie. Nie ma dodatkowej taryfy.

- To dlaczego to robisz?

— Całym sercem wierzę w siłę dziennikarstwa. Solidnego, rzetelnego. I całym sercem wierzę w wagę informowania ludzi o tym, co się dzieje. Poza tym... kocham przygodę.

*Wiliam Szekspir. Kroniki. Henryk V.

Przekład: Leon Ulrich, PIW, 1958

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Agnieszka Ostojska

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Kariera / Goła prawda