Google podąża śladami Microsoftu

Marek Wierciszewski
opublikowano: 09-12-2011, 00:00

W biznesie strategia łapania wielu srok za ogon nie popłaca

Google może się stać kolejnym Microsoftem. Taki scenariusz na pół roku przed swoją śmiercią nakreślił Steve Jobs, charyzmatyczny prezes Apple’a. W jego ustach to bynajmniej nie komplement.

Jeszcze dekadę temu pod względem kapitalizacji Microsoft był największą notowaną na giełdzie firmą świata. W 2000 r. wartość jego kapitałów wyceniano nawet na 660 mld USD. Tak wysoko ustawioną poprzeczkę udało się do tej pory przekroczyć (na krótko) tylko PetroChina.

Dziś kapitalizacja giganta jest trzykrotnie niższa, a spółka straciła nie tylko miano największego przedsiębiorstwa na świecie, ale wręcz spadła na trzecie miejsce wśród spółek technologicznych. Ustąpiła miejsca nie tylko kierowanemu przez Steve’a Jobsa Apple’owi, ale też i obchodzącemu w tym roku setne urodziny IBM. Przejściowo na liście największych korporacji Microsoft był nawet dziesiąty.

W tej sytuacji nie może dziwić, że kiedy powracający wiosną tego roku na stanowisko prezesa Google’a Larry Page zwrócił się z prośbą o radę do Steve’a Jobsa, ten przestrzegł go przed jednym: by operator najpopularniejszej na świecie wyszukiwarki internetowej nie podzielił losu Microsoftu. A Larry Page, współtwórca wyszukiwarki, nie powtórzył głównego grzechu Billa Gates’a. Uporczywego nawyku łapania wielu srok za ogon.

— Pomyśl o jakichś pięciu produktach, na których chcecie się skoncentrować. Pozbądź się całej reszty, bo ciągnie was w dół — relacjonował tę rozmowę Walter Isaacson, biograf Steve’a Jobsa.

Co takiego niepokoiło Jobsa w realizowanej przez Google’a strategii? Jego mocarstwowa polityka. Spółka, zamiast skoncentrować się na tym, co robi najlepiej, aspiruje do tego, by być obecną w każdym segmencie rynku. Odcina kupony od swojego gigantycznego sukcesu. Kapitał wykorzystuje do przejmowania biznesów, w które akcjonariusze Google’a mogliby przecież samodzielnie zainwestować, gdyby tylko korporacja przeznaczyła zyski na wypłatę dywidendy.

A sukces był ogromny. Akcje, które w 2004 r. w ofercie publicznej można było kupić za 85 USD, w trzy lata podrożały dziewięciokrotnie. Potem jednak blask Google’a mocno przygasł. Apetyty wciąż są ogromne, ale szczytu z 2007 r. nie udało się pokonać aż do tej pory. Choć indeks Nasdaq 100 jest obecnie o 3 proc. powyżej, to kursowi akcji Google’a wciąż brakuje do szczytu 15 proc.

Jako prezes Larry Page podjął pewne kroki, by wycofać się z części przedsięwzięć, jednak jednej z największych korporacji świata nie da się zmienić z dnia na dzień. Dziś Google to niemal kopia Microsoftu z ostatnich lat największej świetności. Listę poniższych podobieństw obu firm przygotował portal BusinessInsider.com.

A oto 10 podobieństw Google i Microsoftu

1 Źródłem potęgi jeden produkt

Wyszukiwarka jest dla Google’a tym, czym dla firmy Gates’a system Windows. I jedno, i drugie to prawdziwe dojne krowy. Mają dominującą pozycję na swoich rynkach i przynoszą firmom lwią część przychodów. I Google, i Microsoft zrobią wszystko, by je chronić. Wykorzystają je, by finansować kosztowną ekspansję w nowych obszarach działalności.

2 Reklamy jak pakiet Office

Dzięki nim obie korporacje odcinają kupony od dominacji w podstawowej działalności. To prawda, Google z tego segmentu wciąż uzyskuje zaledwie kilka proc. przychodów. Jednak już w niedalekiej przyszłości może to być drugi Office. Z 90-procentowym udziałem w rynku, dochodowością odzwierciedlającą się w sięgających 60 proc. marżach oraz przychodami rzędu 10-15 mld USD, co odpowiadać może nawet 20 proc. całości sprzedaży.

3 Niespodziewany sukces

W przypadku Microsoftu to konsola Xbox, w przypadku Google’a system Android. Wprowadzając go operator wyszukiwarki wszedł w zupełnie nowy segment, stawiając czoła liderowi rynkowemu w postaci Apple’a. Firma liczyła, że ogromne koszty inwestycji zwrócą się dzięki przychodom z reklam. Na bardzo podobny krok dziesięć lat temu zdecydował się Microsoft. Wszedł na rynek konsol do gier, wypowiadając wojnę Play Station produkowanemu przez Sony. Koszty inwestycji miały zwrócić się ze sprzedaży gier i serwisu Xbox Live. Choć oba projekty odniosły ogromny sukces, a produkty stały się rynkowymi liderami, to jednak ich wkład przychodów spółek jest znikomy. W przypadku Google’a wynosi on jedynie 3 proc.

4 Trwoga przed konkurencją

Reakcja Google’a na pojawienie się Facebooka to kopia zachowania Microsoftu po zdobyciu popularności przez wyszukiwarkę. Obie spółki nowy biznes w sąsiedztwie potraktowały jako coś, co może je zastąpić. Szybko wypowiedziały mu wojnę, przeprowadzając inwazję na jego niszę rynkową. Efekt to powołanie do życia wyszukiwarki Bing, a teraz serwisu społecznościowego Google+. Jeżeli liczyć wspólnie udziały Bing i przejętego Yahoo, to Microsoft ma obecnie 30 proc. w rynku, którego liderem pozostał Google. Nie powinno być zatem zaskoczeniem, jeżeli za kilka lat okaże się, że Google podebrał Facebookowi 30 proc. rynku. Tylko czy ta gra jest warta stawki?

5 Syndrom „Ja też, ja też!”

Google pozazdrościł sukcesu firmowanemu przez Apple’a serwisowi muzycznemu iTunes, tak jak niegdyś Microsoft chciał mieć własnego iPoda (Zune). Google Music pojawia się na rynku jednak dopiero ponad 8 lat po liderze. Czy to inwestycja warta angażowania cennego kapitału Google’a?

6 Tańsza wersja produktów konkurencji

Google uruchomił własną — tańszą, ale okrojoną — wersję pakietu Office. To niemal identyczne posunięcie jak stworzenie przez Microsoft tańszej wersji bazy danych Oracle. Oba produkty nie stały się jednak żyłą złota dla tworzących je firm.

7 Własna przeglądarka

Tak jak Microsoft powołał do życia własną przeglądarkę internetową — Internet Explorer, tak i Google wyszedł z podobną inicjatywą — Chrome. Obie aplikacje są darmowe. Obie nie zarabiają grosza dla swojej firmy. Trzeba jednak przyznać, że akurat to posunięcie może mieć pewien plus. Użytkownicy darmowych aplikacji mogą zacząć korzystać również z bardziej dochodowych produktów firmy.

8 Własna telewizja

Wprowadzenie Google TV miało miejsce prawie półtorej dekady po przejęciu przez Microsoft WebTV. Po tym jak przedsięwzięcie się nie powiodło, Gatek wystartował z UltimateTV. Dopiero kolejna klapa przyniosła ostateczne zarzucenie mocarstwowych planów Microsoftu w tej dziedzinie. Trzeba przyznać, że szanse Google’a na sukces w tej dziedzinie są większe. Dziś dostępność treści wideo jest w sieci znacznie większa niż kiedyś. Spółka ma też kontrolę nad będącym kopalnią takich treści serwisem YouTube.

9 Telewizja przez internet

Przywodzą na myśl lata 90., kiedy Microsoft zainwestował miliardy dolarów w operatorów sieci kablowych. Spółka chciała wykorzystywać własne oprogramowanie w zestawach do odbioru telewizji. Cały projekt nie spełnił jednak pokładanych w nim nadziei, a straty na akcjach takich gigantów jak Comcast czy AT&T były gigantyczne.

10 Zakupoholizm

Od początku roku Google przejął ponad 50 firm. Wiele z nich to wysoce innowacyjne małe firmy dysponujące świetnie wykwalifikowanymi specjalistami, jednak spółka nie stroni też od wielkich przejęć. Wśród nich znalazły się YouTube, DoubleClick oraz Motorola. Identycznej strategii trzymał się Microsoft. Kupował małe firmy dla specjalistów, którzy dla nich pracują. Wielkie przejęcia były okazją, by wejść na zupełnie nowe rynki.

Garść wskazówek, jak kupić akcje amerykańskich firm

Chcesz postawić na Apple’a? A może obstawiasz, że utracony blask odzyskają Microsoft lub Google?

1. Biuro maklerskie Dostęp do akcji zagranicznych spółek oferuje wiele krajowych biur maklerskich. Wśród nich KBC Securities, ING BSK, IDMSA, BDM, BZ WBK oraz CDM Pekao. Choć prowizje od transakcji schodzą nawet poniżej 0,5 proc., to, wybierając brokera, warto zwrócić uwagę na minimalną opłatę, jaką on pobiera. Przykładowo w KBC Securities możemy załapać się na prowizję w wysokości 0,39 proc. już przy transakcjach nieco powyżej 10 tys. zł. W CDM Pekao zapłacimy najmniej 0,59 proc., i to tylko pod warunkiem, że wartość transakcji wyniesie minimum 28 tys. zł.

2. Forex Wiele możliwości dla bardziej zaawansowanych inwestorów oferują kontrakty futures i CFD na akcje.

3. ETF Z kolei posiadając rachunek w każdym biurze, będziemy mieli dostęp do funduszy typu ETF lub certyfikatów opartych na zagranicznych indeksach. Przykładowo Raiffeisen Bank oferuje certyfikaty na technologiczny indeks Nasdaq100. Co ważne, spread na nich to zaledwie 0,36 proc.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marek Wierciszewski

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu