Góry, chmury, Pałac Kultury

opublikowano: 25-10-2018, 22:00

Mariaż kultury lokalnej i globalnej, tradycji i nowoczesności, zabawy i pracy — takie jest warszawskie biuro Google, po którym oprowadza Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, szefowa polskiego oddziału technologicznego giganta.

Zaczęło się bardziej niż skromnie. Dwóch studentów Uniwersytetu Stanforda, Larry Page i Sergey Brin, skorzystało z gościnności Susan Wojcicki, Amerykanki polskiego pochodzenia, dziś szefowej YouTube. W jej nieużywanym garażu w Palo Alto rozwijali wyszukiwarkę internetową, która obecnie jest monopolistą na rynku wyszukiwania (na świecie zgarnia niemal 80 proc., a w Polsce aż 95 proc. użytkowników). Firma się rozrastała i otwierała coraz okazalsze centra, których znakiem rozpoznawczym są jasne przestrzenie, wyprofilowane krzesła i mnóstwo sprzętów służących rozrywce i ładowaniu akumulatorów. Google stworzyło koncept „pracy jako zabawy”, który najpierw rozprzestrzenił się w branży IT, a ostatnio podbija także sektory uznawane za konserwatywne — bankowość i budowlankę.

Nic bez nas. Aranżacją stref pracy, relaksu i sportu w warszawskim biurze zajmują się cenieni projektanci i architekci, rozwijając pomysły zgłaszane przez naszych pracowników — mówi Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, dyrektor zarządzająca Google Polska.
Wyświetl galerię [1/14]

Nic bez nas. Aranżacją stref pracy, relaksu i sportu w warszawskim biurze zajmują się cenieni projektanci i architekci, rozwijając pomysły zgłaszane przez naszych pracowników — mówi Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, dyrektor zarządzająca Google Polska. FOT. MAREK WIŚNIEWSKI

— Mamy biura w ponad 160 miastach w prawie 60 krajach. Są zaaranżowane tak, że nikt ich nie pomyli z placówkami innych spółek. Jednocześnie każda siedziba oddaje miejscową specyfikę. Dotyczy to także warszawskiego centrum — wskazuje Agnieszka Hryniewicz-Bieniek, dyrektor zarządzająca Google Polska.

W maluchu Toma Hanksa

Pokoje drzemek z hamakami, pomieszczenia do karmienia i przewijania bobasów, masujące fotele — to światowy standard. W każdym innym biurze Google można też znaleźć piłkarzyki, flipery, gry planszowe i wideo. Podobnie jak siłownie, stoły pingpongowe i instrumenty muzyczne, na wypadek gdyby ludzie chcieli zaimprowizować jam session.

— Nigdzie nie może zabraknąć mikrokuchni, które często są mikro tylko z nazwy. Zbierają się w nich pracownicy, by coś przekąsić, złapać oddech, a czasem także przedyskutować pomysły w interdyscyplinarnych zespołach — wyjaśnia szefowa polskiego oddziału.

A co osobliwego ma Warszawa? Biuro wyposażono w polskie meble, dywany we wzory wycinanek łowickich i lampy potwierdzające międzynarodową klasę krajowych projektantów. Na recepcji rzuca się w oczy „Google doodle” — wariacja na temat oficjalnego logo Google, inspirowana bezkonkurencyjnymi ilustracjami do „Cyberiady” Stanisława Lema. Trudno też nie zwrócić uwagi, że sale konferencyjne zawdzięczają nazwy Ochocie, Woli, Żoliborzowi i innym stołecznym dzielnicom.

— Znaków rozpoznawczych jest więcej. Maluch podobny do tego, który fani z Polski podarowali Tomowi Hanksowi. Neony stylizowane na warszawskie z lat 60. i 70. Wreszcie murale Pawła Kozłowskiego, genialnego przedstawiciela sztuki ulicznej, częściej rozpoznawanego jako Swanski. A to motolotnia, którą postanowili wstawić entuzjaści podniebnych eskapad, których nie brakuje w naszym zespole — pokazuje skarby swego nowoczesnego królestwa dyrektor Hryniewicz-Bieniek.

Wysokie loty

W wieżowcu przy ul. Emilii Plater technologiczny kolos zajmuje cztery piętra. Dwa w całości są poświęcone usługom chmurowym, nad którymi pracuje 200 inżynierów. Z tworzonych przez nich rozwiązań korzystają użytkownicy YouTube’a, Gmaila, Muzyki Play, ale także produktów innych marek — z Twitterem i Spotify na czele.

— Co region to inna specjalizacja. Warszawa specjalizuje się w cloud computingu. To najważniejsze poza Ameryką chmurowe centrum kompetencyjne Google. Nasi fachowcy zawsze byli w tym dobrzy, co docenił nasz zarząd w Dolinie Krzemowej — nie ukrywa dumy Agnieszka Hryniewicz-Bieniek.

Warszawscy programiści Google żyją w chmurach — także dosłownie. Z ich okien rozpościera się obłędny widok na Pałac Kultury i Nauki, a ściany zdobią obłoki. Z klientami spotykają się w salach noszących nazwy łańcuchów górskich — Tatry, Bieszczady, Gorce. Jak by mogli zapomnieć o szczytach, które dopiero przyjdzie im zdobyć?

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Góry, chmury, Pałac Kultury