Rozwój gospodarczy jest zwykle miarą sukcesu, ale poświęcone właśnie jemu spotkanie szefów rządów Unii Europejskiej było krótkie, nudne i pełne hipokryzji. Krótkie, bo o czym tu deliberować, skoro kilka kluczowych państw UE, w tym jej historyczny motor — Niemcy, przyjmuje postawę zachowawczą i skrajnie protekcjonistyczną. Nudne, bo jak zauważył premier Kazimierz Marcinkiewicz, nie zawsze przywozi się 40 mld EUR jak ze szczytu grudniowego.
Wszystkiego zaś dopełniła hipokryzja utartych sformułowań o potrzebie rozwoju, większego zatrudnienia i konkurencyjności, podczas gdy państwa UE bronią ograniczeń w przepływie siły roboczej i usług. Złego wrażenia nie zatarł uzgodniony przez przywódców zakaz wjazdu na teren Unii dla Aleksandra Łukaszenki (co było niewątpliwie polskim sukcesem) ani nowy główny priorytet UE, czyli wpisana pod naciskiem Brytyjczyków do strategii lizbońskiej konieczność inwestowania w innowacyjność. Polska ma bardziej przyziemne problemy, jak choćby drogi, a raczej ich brak.
Głową muru nie przebijesz — zrozumiał to premier i wyciągnął wnioski, jeszcze zanim samolot z polską delegacją wylądował w Brukseli. Z pokładu Tupolewa ogłosił, że wycofuje się z forsowania kryzysowego paktu energetycznego, opartego na dewizie muszkieterów „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Premier wytłumaczył, że satysfakcjonują go zapewnienia o solidarności energetycznej, zawarte w tzw. zielonej księdze autorstwa Komisji Europejskiej (KE). Kierując się zasadą „lepiej brać, co dają”, polska delegacja zapowiedziała też, że poprze mniej liberalny kompromis dotyczący przepływu usług, choć jeszcze kilka dni temu nazywała go karykarturą.
Przenikliwością materii ekonomicznej wykazał się sam Jose Manuel Barroso, szef KE, który na dowód tego, że Unia się reformuje, wskazał na... francuskie zamieszki. Gdybyśmy ilością i skalą demonstracji mieli mierzyć reformatorskie postępy, Polskę można by śmiało zaliczyć do herosów. Nikogo jednak nie trzeba przekonywać, że na takie miano musimy jeszcze trochę popracować, niekoniecznie strajkami i protestami.