Harry Potter i Stopa Zwrotu

opublikowano: 21-06-2018, 22:00

Jak za dotknięciem różdżki rynek dopisał kolejną część przygód czarodzieja — tym razem podróżuje w czasie razem z unijnym hymnem i Szekspirem

„Harry Potter i Kamień Filozoficzny” regularnie daje popis godny najwprawniejszego magika. Trudno bowiem odeprzeć cyrkową aurę, jeśli egzemplarz ledwo wzięty z regału kosztuje równowartość dwóch mercedesów wysokiej klasy. Gdyby inwestor nie wierzył w podobne bajki, przyda mu się tabela z aukcyjnymi wynikami, bo na ostatniej licytacji druków Harry Potter przebił poprzeczkę 270 tys. zł — pokonał tym co prawda romantyczne czary Jane Austen, ale nie miał szans z dawnymi ciemnymi mocami: tragedią autora, który podobno nie istniał, i nutami kompozytora, który nie słyszał.

Księgarniane przeboje pokroju przygód Pottera bywają przewrotne, bo im
więcej egzemplarzy jest w obiegu, tym droższe są te z pierwszego nakładu.
Wyświetl galerię [1/2]

MAM I JA:

Księgarniane przeboje pokroju przygód Pottera bywają przewrotne, bo im więcej egzemplarzy jest w obiegu, tym droższe są te z pierwszego nakładu. Fot. Bonhams

Foliowy smakołyk

Tak jak nad Wisłą kolekcjonuje się „Pana Tadeusza”, tak na międzynarodowych aukcjach do kilku milionów puchną ceny sztuk Szekspira — uproszczenie z pozoru niesprawiedliwe, ale uzasadnione ciężarem wojen, które spustoszyły lokalne zbiory na dobre. Kompletny i nieposzkodowany rynek druków i najróżniejszych zapisów prężyłby się, dumny zarówno z pierwszych zabytków piśmiennictwa, jak i ze stosów epokowych rękopisów, dokumentów zmieniających bieg historii czy beznadziejnie marnych skrawków, na które swoje barowe impresje przelewali bogowie muzyki rozrywkowej. Klamrą dla nich wszystkich mogłoby być First Folio, czyli tzw. pierwsze folio, jak w obiegu nazywa się najwcześniejszy opublikowany zbiór prac Williama Szekspira, osiągający wartość powyżej 6 mln USD (22,6 mln zł).

Wydany już po śmierci tajemniczego pisarza, sprzedawany był za ówczesnego funta, natomiast w cenie było aż 36 dzieł, z których kilkanaście ożyło wtedy w druku po raz pierwszy — m.in. tragedia „Juliusz Cezar”, która 12 czerwca zanotowała zresztą indywidualny rekord. Najdroższa pojedyncza sztuka z pierwszego folio wylicytowana w historii kosztowała na nowojorskiej aukcji Bonhams 175 tys. USD (658 tys. zł), potwierdzając regułę, wedle której im wyższe są stawki za całość, tym usilniej poszukuje się na rynku osamotnionych części zbioru. Datowany na 1623 r. druk „Juliusza Cezara” pozwala w dodatku na doznanie znacznie mniej codzienne niż przewijanie byle czego na ekranie telefonu, bo egzemplarz nie jest żadnym pogniecionym reliktem z niesmacznymi plamami, tylko tekstem w zasadzie do czytania, z papieru pożółkłego jak wnętrze sernika.

Dzwoni pan Darcy

Oczekując od rynku druków regularnych przenosin do epoki aksamitnych fraków i nieumytych zębów, można się rozczarować, a wdzięcznym symbolem dla tego zawodu będzie szczupły Harry Potter, który o kilkanaście tysięcy funtów przebił nawet leciwą Jane Austen. Tym razem londyńska licytacja zakończyła się rachunkiem na równowartość ponad 276 tys. zł, ale warto uświadomić sobie, że o stawce nie zadecydowały siły nadprzyrodzone, tylko magia zlepku „first edition, first impression”.

Niezależnie od czasu, w którym zagościły na półce, kolekcjonerskie druki zawsze wycenia się łaskawiej, jeśli kartkowała je jakaś znakomitość, ujęta w pikantnej dedykacji, albo na przykład autorka, gryzmoląca ołówkiem robocze notatki. Ten „Harry Potter i Kamień Filozoficzny” jest jednak czysty — dobitnie pokazuje, jaką cenę ma na rynku odpowiednio wcześnie kupiona dziecięca książka z końca lat 90. Oprócz samego czarodzieja, o jej inwestycyjnym potencjale decyduje wspomniany dopisek, informujący, że to pierwsze wydanie i pierwszy nakład — zupełnie jak „First Impressions”, bo tak brzmiał pierwotnie tytuł następnego wylicytowanego dzieła, zanim inna angielska pisarka zmieniła go na „Dumę i uprzedzenie”. Cenę 40 tys. GBP (197 tys. zł) osiągnęły trzy tomy pierwszego wydania z 1813 r., stanowiące dla inwestora opcję o niższym progu, ale równie stabilnym popycie, co na Harry’ego Pottera — sam pan Darcy żyje przecież wiecznie, bo jeśli nie przemawia do Kowalskiego ze starych kartek Jane Austen, to może chociaż z ekranu, jako gapowaty konserwatysta, wodzący wzrokiem za Bridget Jones.

Po jednej nutce

Przeglądając katalogi kolekcjonerskich kartek z prędkością nieprzystającą do dusznych bibliotek, nie można pominąć fragmentu rynku, który potrafi zapewnić czasem prawdziwie koncertowy zwrot. Odręczny zapis nut — nierzadko nawet parę taktów — może kosztowaćwięcej niż najwcześniejszy tom z nieletnim magikiem i opasłe trzy księgi z angielskim romansem razem wzięte, o ile autorem jest kompozytor znany Kowalskiemu chociaż ze słyszenia.

Na tej samej licytacji, co sztuka Szekspira, cenę 250 tys. USD (940 tys. zł) uzyskał rękopis V koncertu fortepianowego Beethovena, naniesiony czarnym tuszem na papier w jakiejś wiedeńskiej kamienicy na początku 1809 r. Utwór, potocznie nazywany „cesarskim”, nie jest co prawda tym samym, którym mniej chętne uszy raczy od czasu do czasu Unia Europejska, ale w dorobku fortepianowych koncertów autora jest zdecydowanie najczęściej oklaskiwany. Jego dostojny, uroczysty początek istotnie mógł pozwalać rozsiąść się austriackiemu arcyksięciu w puszystym fotelu i niezachwianym poczuciu, że rozumie intencje kompozytora — a gdyby tak zamiast Beethovena, w XIX-wiecznym Wiedniu dyrygował John Cage?

Igraj z losem

Kiedy jedna kartka zapisu jego muzyki osiąga równowartość 70 tys. zł, aż trudno uwierzyć, że premiera trochę się nie powiodła, bo wykonawcy rozhulali się, grając kompozycję wyraźnie rozbieżną z nutami. Intuicja wskazuje, że mogli być pod wpływem, ale w takich okolicznościach zobojętnienie rozsądku dawałoby może większą otwartość, bo koncert na fortepian i orkiestrę jest jednym z przysmaków awangardy lat 50. — nie ma określonego czasu wykonania, bo może być grany nawet bez dyrygenta. Cage zaznaczył, że części utworu — obrazowo rozpisane na wylicytowanej kartce — można odtwarzać w dowolnym tempie i kolejności, fragmentarycznie albo w całości, z orkiestrą lub delektując się dziełem w pojedynkę. Utwór wybrzmiewał więc w szerokim zakresie — od minimalnego, w którym żaden instrument nie grał, po maksymalny i nieprzewidywalny, skomponowany celowo, a jednocześnie przez przypadek.

W przeciwieństwie do najeżonych mrówczymi znakami, opasłych partytur wcześniejszych kompozytorów, właśnie w starannych wykresach Cage’a pojawiła się furtka dla przypadku — boga pisanego małą literą, który ostatecznie uformuje dzieło. Żeby obłaskawić przy tym ucho, które ledwo sforsowało hymn Unii Europejskiej, autor przygotował kompozycję zatytułowaną „4 minuty 33 sekundy”, składającą się z trzech części na dowolne instrumenty. Najbardziej popisowe wykonanie zapewnia pełna orkiestra — muzycy mają w nutach same pauzy, więc smyczki nawet nie stykają się ze strunami, palce nie dotykają klawiszy, a tylko przypadek harcuje po pełnej sali, decydując, kto zakaszle, a kto się zaczerwieni, bo ma ustawiony niepoważny dzwonek. © Ⓟ

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Weronika Kosmala

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Tematy

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Wyniki spółek / Harry Potter i Stopa Zwrotu