Historia piękna jak żeglarstwo

45 lat temu Copernicus otwierał najbardziej prestiżowej regaty na świecie. Dziś wraca na ich szlak jako pływająca duma i nostalgia. Jednocześnie – choć to nie było planowane – jako ten, który zgasi światło.

Volvo Ocean Race (Wcześniej Whitbread Round the World) jest dla żeglarzy tym, czym dla wielbicieli motosportu 24-godzinny wyścig LeMans, a dla alpinistów zimowe ataki szczytowe. Majestatyczny (co nie znaczy, że powolny) żeglarski wyścig dookoła globu. Tylko dla najwytrzymalszych i tylko dla pasjonatów. Dlaczego? Bo mimo że wystawienie załogi kosztuje kilkanaście milionów euro, to nie miliony są nagrodą. Jest nią tylko i wyłącznie puchar. I to przechodni. Co edycję wzbogacany o nazwisko kapitana zwycięskiej załogi. Taka żeglarska perła w koronie. Nic dziwnego, że o nazwisko na pucharze ścigają się byli mistrzowie olimpijscy i uczestnicy Pucharu Ameryki. Ścigali się też Polacy, i to na samym początku.

Wyświetl galerię [1/3]

45 lat temu Copernicus otwierał najbardziej prestiżowej regaty na świecie. Dziś wraca na ich szlak jako pływająca duma i nostalgia. Jednocześnie – choć to nie było planowane – jako ten, który zgasi światło. FOT. ROBERT HAJDUK/SHUTTERSAIL.COM, ARCHIWUM PRYWATNE

Zza żelaznej kurtyny

Dziś wszystkie jachty startujące w regatach Volvo Ocean Race są jednakowe — powstają w jednej stoczni i według jednego projektu. Koszt budowy i wyposażenia jednostki pochłania 30-40 proc. wielomilionowego budżetu każdej drużyny. Oglądając ten wielki żeglarski świat, wielu fanów w Polsce żałuje, że od ponad 40 lat obywa się on bez polskich akcentów. Ale przecież kiedyś było inaczej. Kiedy w 1973 r. ruszyły pierwsze załogowe regaty wokół globu, przejęte później przez Volvo, na starcie tej imprezy w angielskim Portsmouth 8 września zameldowały się dwie polskie jednostki: Otago i Copernicus. Dla żeglarzy z Zachodu byli to przybysze z nieznanych krain. Bez markowych ubrań, ze skromnym sprzętem, na jednostkach, których osiągi odstawały od możliwości ówczesnych czołowych jednostek. Regaty były tak trudne, że wiele załóg od początku planowało udział tylko w wybranych etapach, bez zamiaru ukończenia rejsu. Polacy mieli zamiar popłynąć od początku do końca. Nie zdawali sobie sprawy, że biorą udział w historycznym wydarzeniu, które stało się kamieniem milowym współczesnego żeglarstwa załogowego.

— Dla nas był to ważny rejs, ale nie jedyny. Mieliśmy już zaplanowane kolejne starty, w innych imprezach. Nie myśleliśmy o spisywaniu wspomnień czy dokładnym dokumentowaniu rejsu. Każdy z nas był wówczas aktywnym żeglarzem. Dopiero dziś widzimy, że był to najważniejszy start naszego życia. Wtedy nie mieliśmy o tym pojęcia — wspomina Bronisław Tarnacki, który opłynął na Copernicusie kulę ziemską, pokonując 27 tys. mil morskich.

Syn opatrzności

Regaty Volvo Ocean Race odbywają się co trzy lata. W tym roku rozgrywana jest już XIII edycja. Rywalizacja, rozpoczęta 14 października 2017 r. w Alicante, zakończy się 30 czerwca 2018 r. w Hadze. Po raz pierwszy zaplanowano rejs legend, w którym ponownie można oglądać Copernicusa. Historyczne jednostki pokonają trasę ostatniego etapu regat ze szwedzkiego Göteborga do stolicy Holandii. W czasie przygotowywania tego materiału legendy właśnie wypływały w rejs. W 1973 r. na starcie Whitbread Round the World załogę Copernicusa stanowili: kapitan Zygfryd Perlicki, Zbigniew Puchalski, Bogdan Bogdziński, Ryszard Mackiewicz i Bronisław Tarnacki. Zajęli 11. miejsce — z powrotem do Portsmouth dopłynęli po 166 dniach i 19 godzinach. Zwycięzca, jacht Sayula II z Meksyku, przypłynął po 133 dniach i 13 godzinach. Postać Bronisława Tarnackiego pięknie spina edycję sprzed lat ze współczesnością. Absolwent Politechniki Gdańskiej przez lata pracował jako konstruktor w światowych stoczniach. Swoją pasją zaraził synów — na pokładzie Copernicusa towarzyszy mu m.in. syn Piotr. Skoro mowa o legendach, nie sposób nie wspomnieć o drugim polskim jachcie, który w 1973 r. opłynął świat w tych samych regatach. To jednostka Otago. Wówczas zajęła 13. miejsce (z wynikiem 178 dni i 9 godzin). Wielu żeglarzy głęboko wierzy, że jedne łodzie mają szczęście, a inne nie. Copernicus bez wątpienia należy, tak jak niegdyś okręt Batory, do jednostek, którym nigdy nie brakowało opatrznościowej opieki. Do najbardziej dramatycznego wydarzenia na jego pokładzie doszło podczas odcinka na Oceanie Indyjskim, gdy wachtę pełnił Ryszard Mackiewicz. Zgodnie z procedurą, żeglarze podczas złej pogody asekurowali się dwoma tzw. lajflinami, które w razie zmycia zawodnika przez falę pomagały wciągnąć go z powrotem na pokład. Bez tego szanse odnalezienia pojedynczej osoby, nie mówiąc o jej ocaleniu, były bliskie zeru. Tego dnia Ryszard Mackiewicz postanowił przypiąć się trzema linami. Nigdy wcześniej tego nie robił. Gdy z pokładu zmyła go potężna fala, jej energia była tak duża, że dwie z trzech lin pękły. Wystraszonego żeglarza wciągnięto na pokład dzięki jedynej ocalałej linie. Na innych łodziach nie wszyscy mieli tyle szczęścia — podczas odcinka z Kapsztadu do Sydney zginęło trzech zawodników z innych załóg.

Copernicus miał też więcej szczęścia niż wspomniane Otago. Druga polska jednostka w Whitbread Round the World zatonęła jeszcze w latach 70. Losy jej załogi są zdecydowanie lepiej udokumentowane, ponieważ biorąca udział w regatach Iwona Pieńkawa spisała swoje przygody w książce „Latająca Ryba”.

Koniec kariery

Dziś Volvo Ocean Race to rywalizacja na śmierć i życie. Liczą się ułamki sekund, co widać w ograniczeniach wagowych wszystkiego, co załoga zabiera na pokład. Liofilizowana żywność ma smak i konsystencję zeschłej gąbki, którą zalewa się wodą z odsalarki. Na krótszych odcinkach nikt z załogi nie śpi, na dłuższych — zawodnicy śpią w trybie zmianowym po kilka godzin, najczęściej kładąc się w mokrym kombinezonie. Dzisiejsze łodzie osiągają prędkości dobowe znacznie przekraczające 20 węzłów. Wykonany z drewna Copernicus płynął z maksymalną prędkością 10,5 węzła. Był obładowany zapasami, w tym setkami litrów wody pitnej, konserwami i żywnością w naturalnej postaci. Na jednym ze zdjęć z rejsu 1973/74 widać, jak załoga pożywia się serem pleśniowym. Kiedyś doszło do wyczerpania zapasów wody pitnej. Sponsor imprezy zadbał tylko, by załogi miały zapas napoju, w którego produkcji się specjalizował. Przypomnijmy, że Whitbread to producent… piwa. Niestety Bronisław Tarnacki nigdy nie przywiązywał wagi do drobiazgowej dokumentacji rejsu. Ma jednak doskonałą pamięć i przywołuje w niej bez trudu warunki wiatrowe na poszczególnych odcinkach czy śledzenie prognozy pogody za pośrednictwem wiecznie szwankującego radia.

— Volvo Car Poland postanowiło wyrazić podziw wobec jego dokonań, włączając się w organizację rejsu, który będzie pięknym zwieńczeniem sportowej kariery Bronisława Tarnackiego — mówi Stanisław Dojs z polskiego oddziału Volvo.

Przypadkiem rejs legend zwieńczy też inną żeglarską historię. Samego Volvo Ocean Race. Pod koniec maja 2018 r. zarząd Volvo podjął decyzję o zakończeniu oceanicznej przygody.

— Byliśmy sponsorem i organizatorem tych regat od 2001 r. Decyzja o zakończeniu współpracy zapadła na szczeblu centralnym. Powód? Chcemy skoncentrować się na produkcji samochodów — wyjaśnia Stanisław Dojs.

Wyłączenie Volvo ze współfinansowania tych prestiżowych regat nie oznacza ich końca. Prawa do organizacji kupiła hiszpańska grupa żeglarska Atlantic Ocean Racing (szczegółów transakcji nie ujawniono). Nowy organizator to grupa kierowana przez Richarda Brisiusa, Johana Salena i Jana Litborna, doświadczonych żeglarzy, którzy brali udział w 7 wyścigach Volvo Ocean w ostatnich 28 latach. Przeszłość i pasja nowych organizatorów gwarantują zachowanie unikatowości zawodów.

— Prawdopodobnie zmieni się nie tylko nazwa, ale w wyścigu pojawią się nowe żeglarskie klasy — uważa Stanisław Dojs.

Co zmieni się dla klientów Volvo? Chyba tylko to, że z salonów znikną bardzo popularne limitowane serie wyposażenia niektórych modeli Volvo pod nazwą Volvo Ocean Racing. Ostatnia taka seria będzie dostępna dla nowego V90 Cross Country. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Marcin Bołtryk

Być może zainteresuje Cię też:

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Inne / Historia piękna jak żeglarstwo