Czytasz dzięki

Ile są warte bezpieczne przystanie

opublikowano: 10-03-2020, 22:00

Gdy rynkami finansowymi zaczyna rządzić strach, inwestorzy zawijają kapitałem do tzw. bezpiecznych przystani. Które z nich okazały się — przynajmniej jak dotąd — najlepszym portem na czas koronawirusowego sztormu?

Ostatnie dwa i pół tygodnia przyniosły spadki, jakich nie widzieliśmy od apogeum kryzysu finansowego w 2008 r. Najważniejsze indeksy giełdowe świata potrafiły dzień w dzień spadać po 3-4 proc. W ostatni poniedziałek przecena na rynkach jeszcze się nasiliła.

Na Wall Street doszło do tąpnięcia, które sprowadziło S&P500 na skraj bessy. Nasz WIG20 po zaliczeniu jednego z trzech najgorszych tygodni w swej historii przełamał pobrexitowe dno i znalazł się na najniższym poziomie od 2009 r.

Czy to już czas na panikę?

Na rynku coraz częściej się słyszy, że mamy do czynienia z paniką. Faktycznie, rynek reaguje bardzo nerwowo i nierzadko w myśl zasady: najpierw strzelaj, potem pytaj. Tyle że tryb paniki nie jest tak do końca nieuzasadniony. Jeszcze miesiąc temu rynki akcji ignorowały ryzyko pogorszenia koniunktury. Oczekiwania mówiły wręcz o ożywieniu gospodarczym i poprawie zysków giełdowych spółek.

Teraz inwestorzy uwzględniają ryzyko recesji w wycenach akcji, obligacji i surowców. Recesji, o której wiele mówiono w 2019 r. i ryzyko której zostało zignorowane zeszłej jesieni, „przykryte” obniżkami stóp procentowych w Rezerwie Federalnej. Teraz może się okazać, że produkt krajowy brutto spadnie nie tylko w Chinach, Japonii i strefie euro, ale też w Stanach Zjednoczonych. Takie oczekiwania kontrastowały z wycenami amerykańskich akcji, które jeszcze trzy tygodnie temu bujały w obłokach bańki internetowej sprzed 20 lat.

Stąd też gwałtowna korekta na Wall Street nie powinna dziwić. A gdy Amerykanie kichną, to cały świat łapie grypę (albo koronawirusa). Zatem pytanie na teraz brzmi: czy mamy do czynienia z przejściowymi perturbacjami w gospodarce i lokalną korektą na rynkach, czy też koronawirus wywoła recesję i regularną bessę. Jeśli skłaniamy się ku drugiej opcji, to być może warto „spanikować” i przejść na pozycje defensywne.

Gdzie ucieka kapitał?

Przez ostatnie dwa miesiące najsłabsze rynki akcji odnotowały przecenę o blisko 30 proc. (np. Ateny i Moskwa). Na wielu indeksy spadły o ponad 20 proc. (Argentyna, Polska, Francja, Włochy). Wśród 50 najważniejszych światowych indeksów giełdowych jedynie indeksy na Ukrainie i Słowacji nie uległy spadkom przez ostatnie dwa miesiące. Kapitał pospiesznie opuszczający rynki akcji uciekał w objęcia państwowego długu.

Do bezprecedensowych wydarzeń doszło na rynku amerykańskich Treasuries. Rentowność 10-letnich obligacji USA w poniedziałek wyniosła zaledwie 0,4 proc. W ubiegłym tygodniu dochodowość amerykańskich 10-latek po raz pierwszy w historii spadła poniżej 1 proc., choć jeszcze na początku roku podchodziła pod 2 proc. W rezultacie cała amerykańska krzywa terminowa wypłaszczyła się, przyjmując wartości nieco tylko wyższe od zera.

Inwestor akceptujący praktyczny brak dochodu przez następne 10 lat (jeśli przetrzyma obligację do terminu zapadalności) objawia skrajną desperację. Rezygnuje ze zwrotu z kapitału, aby tylko zmaksymalizować szanse na zwrot kapitału. Jeszcze bardziej zdesperowani są inwestorzy ze strefy euro, gdzie ze świecą można szukać długu z nieujemną dochodowością. Rentowność 10-letnich obligacji Niemiec spadła do rekordowo niskiego poziomu -0,90 proc. (tak, minus zero dziewięć zero). Rentowność obligacji zmienia się w przeciwnym kierunku niż jej cena rynkowa.

Wystarczyło więc ulokować pieniądze w bezpiecznych papierach skarbowych USA, aby w „czerwony poniedziałek” zrealizować całkiem miłą dla oka stopę zwrotu. Popularny w Ameryce ETF Total Bond Market ze stajni Vanguarda od początku roku dał zarobić prawie 5 proc. Długa pozycja w kontrakcie terminowym na amerykańskie obligacje 10-letnie przyniosła ponad 7 proc. Całkiem nieźle jak na nieco ponad dwa miesiące trzymania papierów uchodzących za najbezpieczniejsze na świecie.

Walutowe porty

Przyzwoitą ochronę przed rynkowymi zawirowaniami zapewniło też złoto. W ujęciu dolarowym żółty metal jest do przodu o 8,6 proc. Zaś od obłożenia kwarantanną chińskiego Wuhan zyskało 6,1 proc. Ale w tym tygodniu złoto radzi sobie wyraźnie słabiej, oddając część niedawnych zysków. Warto też rozróżnić pozycję w złocie fizycznym od pozycji w „złocie papierowym” (kontrakcie terminowym, jednostce ETF etc.). O ile to pierwsze może przez lata spokojnie leżeć w sejfie, to „papierowe złoto” narażone jest na dodatkowe ryzyko związane z osobą emitenta i jego wypłacalnością.

Jesienią 2008 r. ceny „papierowego złota” spadały na łeb na szyję, podczas gdy prawdziwe złoto było momentami nie do dostania po żadnej cenie. Swoją tradycyjną rolę „schronu atomowego” po raz kolejny potwierdził frank szwajcarski. Od początku roku helwecka waluta zyskała prawie 2,5 proc. wobec euro, a kurs EUR/CHF osiągnął najniższe poziomy od lipca 2015 r. Wobec dolara frank jest do przodu o 3,7 proc. od początku roku i ponad 4,2 proc. w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Choć koronawirus bardzo szybko dotarł do Japonii, to jen podtrzymał swój status bezpiecznej przystani.

W relacji do dolara japońska waluta od początku stycznia zyskała prawie 4 proc., zaś przez ostatnie dwa miesiące jen umocnił się o 4,8 proc. Co ciekawe, tym razem zawiódł dolar, który w przeszłości zwykle zyskiwał w obliczu globalnych zawirowań. Indeks dolara przez ostatnie dwa miesiące stracił 1,3 proc.

Pułapka na aktywnego inwestora

Cała trudność inwestowania polega na tym, że nikt nie zna przyszłości. Nie sposób przewidzieć, czy zimowa przecena akcji jest przejściową korektą (choćby podobną do tej sprzed dokładnie dwóch lat), czy też wstępem do regularnej bessy. Jeśli to drugie, to tłok w bezpiecznych przystaniachstanie się jeszcze większy, a cena miejsca jeszcze wyższa. Jeżeli jednak koronawirus nie doprowadzi do końca świata, jaki znamy, to przecena akcji i surowców zapewne okaże się mniej lub bardziej przejściowa.

Zatem najlepszy czas na panikowanie zapewne już minął. Akcje zostały mocno przecenione, w niektórych przypadkach oferując już całkiem racjonalne wyceny. Z kolei aktywa uważane za bezpieczne w wielu przypadkach są już wyceniane absurdalnie wysoko — dotyczy to zwłaszcza obligacji notowanych przy ujemnej rentowności. To potencjalna pułapka zastawiona na inwestora aktywnego, który zmienia alokację portfela w zależności od oceny stanu rynku.

Może się bowiem okazać, że czas na zajęcie miejsca w bezpiecznej przystani już minął. Jeśli tak jest, to inwestor zostanie z taniejącym aktywem, podczas gdy drożeć będą papiery, które właśnie sprzedał. Uniknąć tej pułapki pozwala dobrze zdywersyfikowany i pasywny portfel inwestycyjny zbudowany zarówno z bezpiecznych, jak i ryzykownych klas aktywów. Owszem, taki portfel podczas hossy przyniesie stopy zwrotu wyraźnie niższe od tych oferowanych przez rynek akcji. Lecz przynajmniej pozwoli spać spokojnie podczas takich dni jak ostatnie.

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Krzysztof Kolany

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu