Analitycy NBP nie mylą się bardziej niż inni ekonomiści. Problem w tym, że ich nietrafne prognozy mają większe konsekwencje.
Raporty o inflacji, sporządzane przez specjalistów Narodowego Banku Polskiego (NBP), przedstawiają ocenę, jak bieżące i przyszłe procesy makroekonomiczne wpływają na inflację. Dla członków Rady Polityki Pieniężnej (RPP) stanowi ona jedną — ale nie jedyną — z przesłanek, na podstawie której podejmują decyzje o stopach procentowych. I właśnie dlatego jakość analiz i trafność prognoz mają niebagatelne znaczenie dla całej gospodarki.
Problem w tym, że w poprzednich latach nie bywało z tym najlepiej. Wystarczy prześledzić ostatnie kilka raportów: w opracowaniu z listopada 2004 r. z 50-procentowym prawdopodobieństwem oczekiwano, że inflacja w ostatnim kwartale ubiegłego roku znajdzie się w przedziale 2,5-5,2 proc. Tymczasem spadała z 1,6 proc. w październiku do 0,7 proc. w grudniu.
W raporcie z maja 2005 r. analitycy banku centralnego jeszcze odważniej, bo na 58 proc., szacowali prawdopodobieństwo tego, że inflacja w I kw. tego roku znajdzie się w granicach celu, czyli 1,5-3,5 proc. Szanse na to, że będzie niższa, obstawiano jak 1 do 3. Trzy miesiące później, w opracowaniu z sierpnia, proporcje te wyraźnie się zbliżyły — prawdopodobieństwo realizacji scenariusza znalezienia się w celu wyliczono na 52 proc., a tego, że wskaźnik cen w bieżącym kwartale znajdzie się niżej — już na 47 proc. Dopiero teraz, kiedy obraz gospodarki dla ekspertów banku centralnego stał się już niemal namacalny, prawdopodobieństwo to oszacowano na aż 87 proc.
Nie lepiej jest z oczekiwaniami specjalistów NBP dotyczącymi kilku innych parametrów gospodarki — czy to dynamiki nakładów inwestycyjnych, czy tego, ile eksport netto dołoży do wzrostu PKB. Sprawdzalność prognoz była niewielka, a założenia modelu wyraźnie modyfikowano w każdym raporcie.