Nieporadność rządu w walce z kryzysem zachwiała zaufaniem inwestorów. Efekty mogą być groźne.
Nerwowo zrobiło się w ostatnim czasie na rynkach finansowych. Kurs złotego wobec euro spadł do około 4,5 zł, Ministerstwu Finansów nie udało się dwa razy pod rząd uplasować na rynku emisji obligacji, a agencja Standard & Poor's ostrzegła przed możliwością obniżenia oceny Polski. Nastąpiło to głównie za sprawą braku zdecydowania rządu w walce z rysującym się kryzysem finansów publicznych. Nastroje są tak złe, że pod koniec tygodnia zaczęto dyskutować o możliwym odejściu Leszka Balcerowicza, szefa NBP i Rady Polityki Pieniężnej. Powodem miałaby być groźba nadmiernego upolitycznienia rady po zmianach w jej składzie na początku przyszłego roku i malejące szanse wejścia Polski do strefy euro jeszcze w tej dekadzie.
To wszystko może prowadzić do rozchwiania na dłuższy czas rynków finansowych w Polsce. Oznaczałoby to między innymi niestabilność kursu waluty i wahania inflacji.
— Największym zagrożeniem jest obecnie zwiększona zmienność na rynkach i wzrost niepewności. Inwestorzy będą to ryzyko wliczali w cenę — uważa Stanisław Kluza, główny ekonomista banku BGŻ.
Bezpośrednim skutkiem tego byłby wzrost kosztów obsługi długu publicznego, ponieważ inwestorzy oczekują wyższych premii przy nabyciu obligacji.
— Wzrasta tez ryzyko, że Polska stanie się atrakcyjnym miejscem spekulacji — dodaje Stanisław Kluza.
Znacznie groźniejsze byłoby załamanie na rynku finansowym, objawiające się znacznym osłabieniem wartości złotego (nawet powyżej 5 zł za euro), skokiem inflacji i w konsekwencji gwałtownym wzrostem kosztów finansowania długu. Maciej Reluga, główny ekonomista BZ WBK, uspokaja, że taki scenariusz jest w tej chwili mało realny. Przyznaje jednak, że inwestorzy z niepokojem oczekują na przedstawienie przez rząd planu cięć w wydatkach budżetowych, co ma nastąpić 30 września. Jego zdaniem, groźba rewizji ratingu Polski nie jest obecnie bardzo duża i ewentualnie może nastąpić najwcześniej w przyszłym roku.