Kohabitacja czy kordon sanitarny

Jacek ZalewskiJacek Zalewski
opublikowano: 2024-07-16 20:00

Pierwsza strategiczna decyzja kadrowa Parlamentu Europejskiego (PE) dziesiątej kadencji, czyli ponowny wybór Roberty Metsoli na funkcję przewodniczącej, była tzw. oczywistą oczywistością.

Posłuchaj
Speaker icon
Zostań subskrybentem
i słuchaj tego oraz wielu innych artykułów w pb.pl
Subskrypcja

Chadecka reprezentantka maleńkiej Malty – która w 720-osobowym PE ma sześć miejsc, ale wyłącznie dzięki tzw. proporcjonalności degresywnej, bo ludnościowo Malcie należałoby się… jedno – pokonała w tajnym głosowaniu stosunkiem 562:61 hiszpańską lewicową europosłankę Irene Montero. Notabene łączna liczba głosów ważnych wyniosła 623, pustych i nieważnych oddano 76, natomiast aż 21 europosłów już od pierwszych minut postanowiło w pracach PE nie uczestniczyć. Wybór Roberty Metsoli był oczywistością dlatego, że zgłoszona została przez dominującą liczebnie Europejską Partię Ludową (zdobyła 188 mandatów), ale tylko na 2,5 roku – przez drugą połowę kadencji PE będzie przewodniczył delegat Socjalistów i Demokratów, którzy są drugą siłą z liczbą 136 europosłów. Nietypowa jest okoliczność, że Roberta Metsola była przewodniczącą w drugiej części kadencji 2019-24, teraz uzyskała reelekcję na pierwszą część kadencji 2024-29, co razem daje jej ciągłą pięciolatkę. Od pierwszych wyborów bezpośrednich PE w 1979 r. taki chwyt sklejenia dwóch odrębnych połówek udało się przeforsować tylko Martinowi Schulzowi z niemieckiej SPD, który z klucza socjaldemokratycznego przewodniczył PE przez pięć lat na styku kadencji 2009-14 oraz 2014-19.

Wysokie poparcie dla Roberty Metsoli potwierdza, że partyjne międzynarodówki uszanowały arytmetyczną rzeczywistość. Znacznie więcej światła na rzeczywiste relacje wewnętrzne w odnowionym PE dadzą wyniki wyborów 14 wiceprzewodniczących, a także piątki kwestorów. Notabene 6-9 czerwca 2024 r. mieszkańcy 27 państw unijnych wybrali 53 proc. nowych europosłów. W 2019 r. wskaźnik personalnej odnowy PE był jeszcze większy – 61 proc. Ciekawe, że udział kobiet minimalnie spadł – obecnie wynosi 39 proc., a poprzednio było ich 40 proc. Ortodoksi chcieliby parytetu 50/50, ale wyborcy z 27 państw widzą to jednak inaczej. Rozpiętość wiekowa PE jest znaczna, od 23 do 77 lat.

Wraz ze zmianą ponad połowy twarzy w PE zwiększył się udział partii prawicowych. Oczywiście nie tak, jak od wiosny wieszczyła w wielu państwach ta strona sceny politycznej, ale jednak. W poprzedniej kadencji jedyną grupą starającą się cokolwiek na prawicy ugrać byli Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy z udziałem ekipy PiS. Ich plany zmontowania obecnie wielkiej grupy pod wodzą Giorgii Meloni spaliły jednak na panewce, z 78 mandatami musieli oddać palmę pierwszeństwa całkiem nowej grupie Patrioci dla Europy pod przewodem Marine Le Pen, która zebrała 84 europosłów. Obu rywalizującym, chociaż bliskim grupom bezwzględnie należą się miejsca w prezydium PE oraz na czele pewnej liczby komisji. Tak nakazuje parytet, tym razem nie płciowy, lecz polityczny. Notabene fundamentalną ideą PE od samego początku jest właśnie proporcjonalność, taka ordynacja nakazana jest we wszystkich państwach UE bez względu na to, czy ich parlamenty krajowe wybierane są proporcjonalnie, czy w jednomandatowych okręgach większościowych. Chodzi o to, by wspólny organ w Brukseli/Strasburgu jak najwierniej uwzględniał spolaryzowane opinie wszystkich obywateli UE. Wspominam o tej opoce PE, ponieważ w dniach poprzedzających inaugurację kadencji upowszechniana była po stronie centrolewicowej myśl, żeby trzy grupy mające w sumie arytmetyczną większość – chadecka, socjaldemokratyczna i liberalna – otoczyły wspomniane prawicowe kordonem sanitarnym i nie wybrały ich reprezentantów na żadne istotne funkcje. Maraton wybierania wiceprzewodniczących i kwestorów w kilku turach zakończy się w Strasburgu w środę, natomiast komisje ukształtują się w następnym tygodniu w Brukseli. Dopiero wtedy znana będzie zbiorowa odpowiedź nowego PE na pytanie postawione w tytule.