Już jutro ciąg dalszy dyskusji o swobodzie przepływu usług. Polski rząd chce jak najszerszego otwarcia granice.
Piotr Woźniak, minister gospodarki, zapowiedział wczoraj konsekwentne starania o przyjęcie dyrektywy usługowej w kształcie jak najkorzystniejszym dla Polski. Jutro Komitet Europejski Rady Ministrów będzie dyskutował o polskim stanowisku w odniesieniu do raportu Parlamentu Europejskiego, ograniczającego swobodę świadczenia usług.
— Chcemy mieć otwarty rynek usług najszerzej, jak to jest możliwe, może poza opieką zdrowotną — mówi Piotr Woźniak.
Priorytetem dla Polski będzie zachowanie w projekcie obowiązującej do tej pory zasady państwa pochodzenia. Umożliwia ona przedsiębiorcom świadczenie usług w innym kraju Unii Europejskiej (UE) na podstawie przepisów kraju, z którego pochodzą. Kwestią, na którą Polska będzie kłaść równie duży nacisk, jest utrzymanie w dyrektywie postanowień dotyczących znoszenia administracyjnych barier w delegowaniu pracowników.
Za ograniczeniem jednej z podstawowych swobód unijnych opowiadają się głównie Francja i Niemcy. Obawiają się zalewu tanich usług z nowych krajów UE. O dziwo, nie stanowi to problemu dla takich krajów, jak Wielka Brytania, Irlandia, Holandia czy Luksemburg, które popierają nasze stanowisko. Po wejściu nowych państw do UE kraje, które otworzyły rynki, zaobserwowały więcej plusów, niż mogły się tego spodziewać — m.in. wypełnione zostały luki w sektorze tanich usług.
Finlandia, która wkrótce obejmie prezydencję w UE, jest po stronie obozu liberalnego.