Czy decydenci w bankach centralnych naszego regionu na serio wystraszyli się, że inflacja może wymknąć się spod kontroli? A może jest to forma zabezpieczenia się przed sytuacją, kiedy to najwięksi gracze (jak Fed) zostaną zmuszeni do wyraźnych ruchów w latach 2022-23? To mogłoby doprowadzić do wydrenowania kapitałów z rynków wschodzących.
Na drugim biegunie mamy Fed, ale również Europejski Bank Centralny (EBC), czy Bank Anglii. Wprawdzie EBC miał posiedzenie w zeszłym tygodniu i Christine Lagarde podczas konferencji prasowej przyznała, że inflacja czasowo może być podwyższona, ale w kolejnych dniach wyraźnie dawała do zrozumienia, że nie oznacza to, że stopy procentowe mogłyby wzrosnąć w 2022 r. Inny fortel zastosował Jerome Powell. Wprawdzie Fed zainicjował tapering i powtórzono, że wyższa inflacja może być przejściowa, a tym samym dyskusja o podwyżce stóp jest zbyteczna, to szef Fedu stwierdził, że bank centralny będzie gotowy do działania w razie potrzeby, a w połowie przyszłego roku najpewniej osiągnięty zostanie stan pełnego zatrudnienia w gospodarce (w efekcie decyzje będą bazować tylko na inflacji). Natomiast Bank Anglii nie zdecydował się na podwyżkę stóp, nieoczekiwanie przesuwając akcenty w stronę ryzyka dla wzrostu gospodarczego. Czyżby szykowało się większe zamieszanie w wątku brexitu?