Lalki ubrane w emocje

Z gałganków, masy solnej, modeliny... Lalki robi, odkąd pamięta. Ale pierwszą z runa owczego zrobiła dla córki Hani i nazwała ją Pola. Dziś jej lalki trafiają do kolekcjonerów na całym świecie. Z pasji Renaty Gołaszewskiej-Adamczyk zrodził się biznes.

Lalka kojarzy się z uśmiechniętą buzią i kolorowymi ubrankami. Ale te, które robi Renata Gołaszewska-Adamczyk, choć noszą dziecięce imiona: Lusia, Kasia, Marysia, Helenka, Kazio, nie są dla dzieci. To lalki kolekcjonerskie wykonane autorską techniką. Nie ma dwóch takich samych.

Od główki przez kształt ciała aż po strój i dodatki wszystko ręcznie wykonuje z ogromną starannością i precyzją. Włosy lalek sprowadza ze Stanów Zjednoczonych, a trykot z Holandii, bo najważniejsza jest jakość. Kiedyś kupowała wełnę z polskich owiec, ale nie była wystarczająco czysta, więc zaczęła ją sprowadzać z Niemiec. Stylizacje lalek są proste, by nie odwracały uwagi od ich emocji, a wręcz je podkreślały.

Wyświetl galerię [1/3]

Renata Gołaszewska-Adamczyk Fot. Grzegorz Adamczyk

— Moje lalki są ubrane w emocje. To zupełnie autonomiczne postacie, które mają nam coś do przekazania. Są pełne prawdziwych uczuć — twierdzi Renata Gołaszewska-Adamczyk. Inspiracją często są dzieci. A ma ich trójkę. Najstarszy jest Hubert, potem Filip i najmłodsza Hania. Ich szczerość przywołuje w niej wspomnienia z dzieciństwa, które stanowią początek procesu twórczego. Nigdy nie robi szkicu na kartce. Pomysł rodzi się podczas kontaktu z materiałem.

— Zawsze chodziło mi po głowie, żeby robić lalki z naturalnych tkanin, jednak nie wiedziałam, jak się za to zabrać. Poznałam kiedyś lalki waldorfskie, czyli takie miłe zabawki edukacyjne, które wykonuje się z owczego runa. One stanowiły bazę, dały początek mojej obecnej twórczości — opowiada Renata Gołaszewska-Adamczyk. W miarę zdobywania doświadczenia zaczęła szukać własnej drogi.

— Zobaczyłam, że z naturalnych materiałów da się zrobić bardzo wiele. Za pomocą igły do filcowania można wyrzeźbić, co się chce. Przez jakiś czas opracowywałam i udoskonalałam technikę. Poszukiwałam nowych rozwiązań i pomysłów. Tak stworzyłam swoją autorską lalkę — mówi artystka.

Na początku z filcowego kłębka rzeźbi główkę. Następnie igłą do filcowania nakłuwa miejsce przy miejscu. Formuje oczy, nos i usta. Tak powstaje rzeźba lalki, którą później powleka bawełnianym materiałem. Buzię maluje, z włosów robi perukę. Kupuje jedwab, wełnę z merynosów australijskich i filcuje lalkowe ubrania, często celowo je postarza. Kiedy może, radzi się specjalistów z różnych dziedzin, np. ostatnio szewc nauczył ją, jak kleić buty i gdzie szukać ciekawych skór. Lalkowe sweterki robi na drutach bądź szydełku. Jeżeli farbuje, to barwnikami pochodzenia roślinnego. Gotową lalkę impregnuje, zabezpiecza przed wilgocią i brudem.

Podróż za ocean

— Zaczęłam robić lalki z potrzeby serca. Nie myślałam o sprzedaży. Wciągnęło mnie to. Żeby się podzielić z ludźmi swoją pracą, zaczęłam prowadzić stronę internetową i pokazywać je na Facebooku. Pojawiły się zamówienia, sprzedaż. W 2013 r. skończył mi się urlop wychowawczy i zorientowałam się, że nie muszę wracać do pracy etatowej, bo już mam pasjonujące zajęcie — wspomina Renata Gołaszewska-Adamczyk. Pierwszą lalką, którą udało jej się sprzedać, była Daisy — w 2012 r. Wystawiła ją wieczorem w internecie, a rano lalka już była sprzedana. Kupcem okazała się pani z USA ze stanu Arizona. To było spore zaskoczenie i radość.

Wykonawczyni nie chce podawać dokładnych kwot. Mówi, że to budzi złe emocje. Zdradza tylko, że ceny zaczynają się od 2 tys. zł.

— Wykonanie lalki to nie tylko technika, precyzja i wiele godzin pracy. Czasem są to nawet dwa miesiące. To proces twórczy, taki jak malowanie obrazu. Dlatego każda lalka jest dla mnie bardzo ważna, każda jest niepowtarzalna — dodaje artystka. Sprzedaje głównie za granicę. Jej lalki są już w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Australii i Niemczech. Kupują zwłaszcza kolekcjonerzy, znawcy. Od kiedy zaczęła pokazywać lalki na wystawach w Polsce, także tu znajdują nabywców. U nas nie można jeszcze mówić o rynku lalek kolekcjonerskich, ale na świecie ma on bogatą tradycję. Szczególnie w Rosji, na Ukrainie, w Czechach, Niemczech, Holandii, Stanach Zjednoczonych i Japonii.

— Jest wiele prestiżowych imprez, targów, wystaw, w których moje lalki biorą udział. Dzięki temu poznałam lalkarzy z całego świata. To niezwykle fascynujący i bardzo radośni ludzie — twierdzi Renata Gołaszewska-Adamczyk.

Pokazuje swoje wyroby na różnych międzynarodowych wystawach: w Czechach na Doll Prague 2015 jej lalka zajęła pierwsze miejsce w kategorii lalek z tkaniny. Prezentowała je także w USA na konferencji NIADA (The National Institute of American Doll Artists) w Alexandrii, a także na Ukrainie. Były też wystawy w Bielsku-Białej, Łodzi, Kielcach i w Warszawie. Renata Gołaszewska-Adamczyk jest także jedną z założycielek grupy POLA (Polska Lalka Artystyczna), promującej sztukę lalkarstwa artystycznego. Pomysł zrodził się w jej głowie po wizycie na Doll Prague 2013, gdzie zobaczyła, że na świecie działają grupy lalkarskie, m.in. wspomniana NIADA i DABIDA (Dutch and Belgian Institute of Doll Art). Pomyślała, że dobrze by było, żeby i w Polsce taka grupa powstała. Założono ją jesienią 2014 r., a na wiosnę 2015 miała już pierwszą wystawę w Warszawie.

— Poszłam ze swoim pomysłem do Józefa Wilkonia, znanego ilustratora i malarza. On zaś poznał mnie z malarką i projektantką Inez Krupińską. We trójkę stworzyliśmy POLĘ. Ja wyszukiwałam artystów lalkarzy, a weryfikowali ich Józef Wilkoń i Inez Krupińska — opowiada Renata Gołaszewska-Adamczyk.

POLA nie jest stowarzyszeniem, tylko nieformalną grupą artystów lalkarzy. Mieli już sporo wystaw, które zawsze budziły zainteresowanie. O POLI powstał także film dokumentalny Jana Strękowskiego i Grzegorza Adamczyka „Lalki nie są do zabawy”.

Terapia przez sztukę

Renata Gołaszewska-Adamczyk skończyła studia pedagogiczno-plastyczne i szkołę charakteryzacji teatralno-filmowej. Przez lata jako pedagog i terapeuta zajęciowy zajmowała się dziećmi z niepełnosprawnością intelektualną.

— W pracy stosowałam m.in. terapię przez sztukę, czego efektem był projekt Zaczarowana Podróż. Przy pomocy charakteryzacji spełniałam marzenia podopiecznych, dzięki czemu chociaż na chwilę mogli się stać kimś innym, np. piękną aktorką z dawnej epoki — mówi artystka. Niektóre z jej lalek wyglądają jak ludzie z zespołem Downa, z którym często przyszło się jej stykać w pracy zawodowej. To celowy zamysł.

— Moje lalki to właśnie takie osoby, dzieci, które wołają o akceptację społeczną, o miłość — wyjaśnia Renata Gołaszewska-Adamczyk. Są chwile, kiedy musi od lalek odpocząć. Maluje wtedy meble, porcelanę, dekoruje dom. Chętnie wraz z dziećmi gotuje i piecze. Na pytanie, czy lalki to już biznes czy wciąż tylko pasja, odpowiada, że nigdy nie nazywa swojej twórczości biznesem, ale nie narzeka.

— Lalki mnie uwiodły, więc bez względu na to, czy ktoś je kupi, czy nie i tak będę je tworzyć. Jest dla mnie oczywiście bardzo ważne, że ktoś chce mieć moją lalkę, że komuś się podoba. To znaczy, że czuje do niej to samo co ja — twierdzi artystka.

W planach ma otwarcie specjalistycznego sklepu internetowego dla miłośników lalek kolekcjonerskich. Prowadzi kursy, indywidualnie bądź w grupach, na których uczy, jak wykonywać lalki jej techniką. W ten sposób zarabia, ale również dzieli się doświadczeniem.

— Zauważam pewne mody wśród twórców i kolekcjonerów lalek. Patrzę jednak na to z dystansem. Robię to, co podpowiada mi serce. Moja twórczość jest bardzo osobista. Myślę, że takie podejście jest ponadczasowe, bo prawdziwe, a uleganie trendom grozi utratą oryginalności — konkluduje Renata Gołaszewska-Adamczyk. &

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: ANNA DROZD

Najważniejsze dzisiaj

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Po godzinach / Lalki ubrane w emocje