Przychody klubów rosną szybciej niż zachodnich, ale wciąż dzieli je przepaść
Nowe stadiony i Euro2012 to dla Ekstraklasy wielka szansa na awans.
Ulubiony sport Polaków to piłka nożna. Przed telewizorem. Na stadion chodzą nieliczni — średnio na meczu w poprzednim sezonie było 5,3 tys. kibiców (0,11 proc. populacji) — dwa razy mniej niż w Szwajcarii. We Francji średnia frekwencja wynosiła 20,1 tys. (0,31 proc.), a w Anglii 34,2 tys. (0,66 proc.). Brak kibiców kluby czują w kieszeni — na organizacji meczów w 2009 r. zarobiły 30,6 mln zł, 50 razy mniej niż niemieckie. Ba, sam Manchester United zarobił na meczach 20 razy więcej niż cała nasza liga. Nic dziwnego, że pod względem przychodów nasze kluby są w ogonie europejskich lig — w 2009 r. kluby Ekstraklasy według wyliczeń Deloitte wypracowały 60,5 mln EUR. Real Madryt wypracował siedem razy więcej. Nawet najsłabsza z zachodnich lig — szwedzka — miała o 30 mln EUR więcej. Ale eksperci radzą patrzeć w przyszłość.
— Od sukcesu w latach 80. polska piłka nic nie osiągnęła, poza pojedynczymi wyskokami Wisły i Widzewa. Pod względem organizacyjnym wydobywamy się z głębokiej komuny. Dlatego istotniejsze niż to, w którym miejscu jest nasza liga, jest tempo wzrostu. A przychody od kilku lat rosną o kilkanaście procent rocznie. Wzrost jest szybszy niż w ligach zachodnich. Efekt Euro2012, czyli wzrost zainteresowania polską piłką i zbudowanie nowych stadionów, to dla Ekstraklasy wielka szansa. To najlepszy moment na to, by nasza liga zbliżyła się do zachodnich — mówi Jacek Bochenek, dyrektor grupy sportowej Deloitte.
Kiełbaska i piwo
Na transmisjach polskie kluby zarobiły w 2009 r. 105 mln zł, o 21 proc. więcej niż przed rokiem i więcej niż austriackie czy szwedzkie. Na organizacji meczy tylko 30,6 mln zł, o 13 proc. mniej niż rok temu. Ale są i chlubne wyjątki — do kasy Ruchu Chorzów z tego tytułu wpłynęło o 13 proc. więcej niż przed rokiem.
— Mieliśmy tylko dwa niedochodowe mecze. Wciąż mamy rezerwy w logistyce meczu — chcielibyśmy mieć więcej sprzedaży gadżetów klubowych czy cateringowych — mówi Katarzyna Sobstyl, prezes Ruchu Chorzów.
W meczach tkwi największa rezerwa polskich klubów.
Wiedzą, co trzeba zrobić.
— Tak, jak nie mieliśmy autostrad, tak i stadionów. Zrobiliśmy duży krok do przodu. Trzeba zmienić całą otoczkę, kulturę kibicowania — zaproponować ludziom kiełbaskę i piwo i to bez długiego stania w kolejce, ucywilizować wchodzenie na stadion, by kibic nie był obmacywany przez ochroniarzy. Na pierwszych meczach w tym sezonie na pewno będzie duża frekwencja, bo ludzie będą chcieli zobaczyć nasz nowy stadion i drużynę. Ale potem wszystko zależy od wyników — mówi Janusz Filipiak, właściciel Cracovii.
Tłumy na trybunach otworzą strumień pieniędzy.
— Jeśli wzrośnie liczba kibiców, to ta grupa stanie się atrakcyjniejsza dla reklamodawców i sponsorów. Nadawcy będą skłonni więcej zapłacić za prawa do transmisji — dodaje Jacek Bochenek.
Futbol działa
Najważniejszym źródłem finansowania klubów pozostają sponsorzy (48 proc.). Janusz Filipiak i jego Comarch sponsoruje Cracovię i TSV 1860 Monachium.
— Na marketing marki trzeba przeznaczać 1-1,5 proc. przychodów. Piłka nożna to mocne narzędzie. W Niemczech nasza marka stała się natychmiast rozpoznawalna — tłumaczy Janusz Filipiak.
Z klubów Ekstraklasy w największym stopniu od dobrego wujka uzależnione jest Zagłębie Lubin, u którego wsparcie stanowi 78 proc. wpływów, najmniej Ruch Chorzów — 22 proc. Najbogatszym klubem jest Lech Poznań, który wypracował ponad 40 mln zł przychodów. Na drugim miejscu uplasowała się Wisła (30,1 mln zł). Najszybciej bogaci się Śląsk Wrocław, należący do Zygmunta Solorza, który wypracował o 9,3 mln zł więcej niż przed rokiem i z 20,6 mln zł przychodów wskoczył na piąte miejsce.