Kiedy ponad osiem miesięcy temu podpisywano pierwszą z kontrowersyjnych „umów społecznych” w krakowskim Enionie, na łamach „PB” przestrzegaliśmy przed efektem domina. Alarmowaliśmy też, powołując się na ekspertów, że za rozdawane lekką ręką dla „zachowania spokoju społecznego” długoletnie gwarancje słono zapłaci budżet, bo przeznaczone do prywatyzacji spółki stracą na wartości.
Szkoda, że politycy zainteresowali się problemem dopiero teraz, gdy w gdańskiej Enerdze podpisano kolejną z takich umów. Czy sprawiły to zbliżające się wybory, czy zamieszanie w „aferę” polityka SLD, czy po prostu fakt, że sprawę kontrowersyjnych wieloletnich gwarancji „odkrył” największy dziennik w kraju? Pewnie wszystko po trochu.
Najgorsze jest jednak to, że ten nagły wybuch zainteresowania polityków niczego nie zmieni. Jacek Socha, minister skarbu, w rozdawaniu przywilejów pracownikom nie widzi nic złego. Uważa to za niezbędny koszt transformacji branży, zapominając, że transformacja miała za cel poprawę efektywności i restrukturyzację firm, który w warunkach 10-letnich gwarancji dla przerośniętych załóg wydaje się nieosiągalny.
Dużych nadziei nie należy też pokładać w uaktywnieniu się prokuratury — najpierw w Gdańsku, a potem w Krakowie. Trudno o działanie na szkodę spółek oskarżać zarządy, które po prostu realizowały wytyczne właściciela.