Płaca minimalna w Polsce to w tym roku 4806 zł brutto. To, ile wynosi najniższa krajowa, rozstrzyga się zwykle na początku września poprzedniego roku i tak było tym razem. Wygrała opcja zachowawcza, bo zarówno związki zawodowe, jak i Ministerstwo Rodziny i Pracy chciały więcej. Tym samym zatrzymano trend dużych podwyżek. I Polska z pozycji jednego z liderów pod względem tempa wzrostu minimalnego wynagrodzenia stała się zaledwie europejskim średniakiem.
Widać to w ostatnich danych Eurostatu. Uwzględniając tempo wzrostu cen, minimalna płaca w Polsce wzrosła o 3 proc., co dało dopiero 13. miejsce na 22 kraje Unii Europejskiej, w których obowiązuje najniższe ustawowe wynagrodzenie.
Siła nabywcza większa niż w Hiszpanii
Pisząc o uwzględnieniu tempa wzrostu cen mamy na myśli przeliczenie wszystkich najniższych krajowych na PPS, czyli parytet siły nabywczej. To specjalna waluta stworzona przez Eurostat do celów statystycznych: w teorii za jeden PPS można kupić tyle samo towarów i usług w każdym z krajów. W takim ujęciu płaca minimalna w Polsce wynosi w tym roku 1545 PPS.
Na tle innych krajów to niemało. Polska należy do grupy ośmiu państw, w których najniższe wynagrodzenie jest większe niż 1500 PPS. Gramy w jednej lidze z takimi państwami jak Niemcy, Luksemburg, Holandia, Belgia, Irlandia, Francja i Hiszpania. Krajowa płaca minimalna waha się tu od 2157 PPS w Niemczech do 1519 PPS w Hiszpanii. Zatem jak widać pod względem najniższej pensji wyprzedzamy już Hiszpanię. A kraje regionu Europy Środkowej i Wschodniej bijemy na głowę.
Jednak wysokie miejsce w zestawieniu to zasługa podwyżek w poprzednich latach. Pod względem tempa wzrostu zaczęliśmy odjeżdżać sąsiadom już kilkanaście lat temu, krótko po wejściu do UE. Ale proces przyspieszył przed pięcioma-sześcioma laty, gdy ówczesny rząd częściej brał stronę związkowców w negocjacjach płacy minimalnej niż stronę pracodawców. I podwyżki były większe, niż wynikałoby to tylko z reguły ustawowej. Potem, w latach kryzysu energetycznego i wybuchu inflacji, zgodnie z ustawą płacę minimalną trzeba było podnosić dwa razy w roku, co jeszcze wzmocniło cały trend.
Demotywująca spłaszczona struktura płac
Duże podwyżki najniższej płacy miały swoje konsekwencje. Przede wszystkim doszło do tzw. spłaszczenia struktury wynagrodzeń. Coraz większa grupa pracujących zaczęła otrzymywać minimalne wynagrodzenie, według ostatnich rządowych szacunków to już ponad 3 mln osób, a więc w przybliżeniu co piąty pracujący.
W rezultacie podwyżek wyraźnie poprawiła się relacja najniższej płacy do średniej i do mediany wynagrodzeń. Według wyliczeń Eurostatu w Polsce najniższa krajowa to grubo ponad 60 proc. mediany i pod tym względem zajmujemy drugie miejsce, po Portugalii.
- Spłaszczenie ewidentnie postępuje. Wynika to z faktu, że fundusze na wzrost płac w wielu firmach są w dużej mierze pochłaniane przez obowiązkowe podwyżki płacy minimalnej. Nie jestem przeciwny jej zwiększaniu, jednak nie ulega wątpliwości, że w poprzednich latach rosła bardzo szybko. Pamiętam czasy, gdy płaca minimalna stanowiła około 30 proc. średniego wynagrodzenia i to z pewnością było zbyt mało. Ostatnio jednak w niektórych miesiącach zbliżaliśmy się do 54 proc. - mówi Piotr Soroczyński, główny ekonomista Krajowej Izby Gospodarczej.
Jego zdaniem powodowało to poczucie niedowartościowania u tych pracowników, którzy zarabiają powyżej minimalnej, a automatycznych podwyżek nie dostają, bo fundusze płac w firmach się nie powiększają. Monika Kurtek, główna ekonomistka Banku Pocztowego, mówi, że właśnie ten mechanizm był jedną z przyczyn wzrostu presji płacowej w przedsiębiorstwach.
- Niemały ogólny wzrost płac w polskiej gospodarce w ostatnich latach był częściowo pokłosiem właśnie podwyżek płacy minimalnej. Pracodawcy decydowali się na podniesienie wynagrodzeń także osobom zarabiającym więcej, aby utrzymać kadrę w firmie – ocenia ekonomistka.
Ceny usług wzrosły przez podwyżki płac
Wzrost płacy minimalnej wpływał więc na ceny. Pośrednio, bo powodował większą presję płacową. A bezpośrednio tam, gdzie wynagrodzenia są największym kosztem działalności firmy. Na ogół dotyczy to usług. I rzeczywiście, nawet w czasie spadku wskaźnika inflacji wzrost cen usług nadal jest podwyższony. W grudniu 2025 r. przy ogólnej inflacji na poziomie 2,4 proc. ceny usług były o 5,2 proc. wyższe niż rok wcześniej.
Dzieje się tak dlatego, że w usługach trudniej zastąpić pracę kapitałem, a wycena samej pracy jest dość niska. Widać to w danych o rozkładzie wynagrodzeń w gospodarce: najniższe są w gastronomii i hotelarstwie oraz w budownictwie. Niska mediana płac jest też w handlu, choć tu stopniowo postępuje automatyzacja sprzedaży, przynajmniej w dużych sieciach.
- Usługodawca nie ma innej możliwości pokrycia tych kosztów. Dlatego właśnie w tym sektorze wzrost płacy minimalnej jest najbardziej odczuwalny. Chociaż obecnie w Polsce tempo tych wzrostów wróciło do poziomów sprzed okresu wysokiej inflacji i nie jest już tak dotkliwe dla pracodawców, to jednak każda podwyżka płacy minimalnej zazwyczaj skutkuje wzrostem cen, głównie w usługach – mówi Monika Kurtek.
Maszyna zamiast pracownika, ale nie w urzędzie
Według ekonomistki wzrost kosztów pracy skłaniał pracodawców, by tam, gdzie się da, zwiększać wydajność przez inwestycje w nowe maszyny i urządzenia. To droga do poprawy produktywności bez zwiększania popytu na pracę.
- Paradoksalnie wzrost płacy minimalnej zwiększa produktywność, ponieważ zmusza firmy do inwestycji w nowe technologie, które mogą zastąpić pracę. Choć dla przedsiębiorstw jest to duży koszt i istotna bariera rozwoju, to dla części z nich był to impuls do zakupu nowych maszyn i unowocześnienia produkcji – ocenia ekspertka
Piotr Soroczyński dodaje, że przyspieszenie automatyzacji w firmach będzie skutkowało tym, że liczba pracowników o niskich kwalifikacjach – a głównie tacy zarabiają minimalne stawki – będzie maleć. Jak mówi, sektor prywatny, zwłaszcza produkcyjny, w ten sposób poradzi sobie ze wzrostem płacy minimalnej. Ale już sfera budżetowa ma z tym problem.
- Taki jest efekt gry administracji państwowej w jednej drużynie ze związkami zawodowymi w ostatnich latach. To powoduje poważne konsekwencje. W warunkach braku wzrostu funduszu płac sektor publiczny zmierza w stronę zatrudniania coraz większej liczby pracowników szeregowych na jednej stawce, bez względu na ich kwalifikacje – podkreśla ekonomista.
