Luksus powstał z popiołów

Karol JedlińskiKarol Jedliński
opublikowano: 2012-12-07 00:00

Marzenia Francisa Lappa, spolonizowanego Francuza o korsarskiej fantazji, miały pójść z dymem. Zamiast biadolenia są nowe cele: jeszcze większe pływające domy, ociekające jeszcze większym przepychem. Prosto z Gdańska.

Nie trzeba być, Bóg wie jakim, ekspertem, żeby wiedzieć, jak się pali 20 mln zł. Podobnie jak 10 zł, tyle że o kilka godzin dłużej. Jeśli jednak płonie polska firma znana na całym świecie, wtedy jaskrawą żółcią buzują też paski kanałów informacyjnych. 20 stycznia z centrum Gdańska dramatyczną relację nadawał m.in. reporter TVN 24. Za tło służyło mu wypalone wnętrze stoczniowej hali. Za oratorski oręż — czas przeszły.

Au revoir, Francis

— Sunreef Yachts to jest, a właściwie była, jedna z najprężniejszych firm w Europie w tej branży. Produkowała luksusowe jachty, zatrudniała ponad 300 pracowników. Przestała istnieć praktycznie w ciągu parunastu godzin — tłumaczył dziennikarz, lubując się w dramatycznych pauzach. I zaraz płynnie przeszedł do problemów komunikacyjnych, bo przecież zniszczona hala służyła jako mocowanie linii trakcyjnej dla trójmiejskich tramwajów. Kilka dni później do Sunreef dotarło pismo przedstawicieli banku udzielającego gdańskiej firmie kredytów obrotowych. Lakonicznie informowało o wstrzymaniu finansowania. Z centrali banku w Warszawie na Wybrzeże docierały plotki, że jego urzędnicy już wiedzieli swoje: po takim finansowym huraganie stocznia się nie podniesie.

— Za cztery miesiące będzie pozamiatane do końca — skwitował ktoś życzliwy z kręgu białych kołnierzyków. Niby Sunreef miał poduszkę chroniącą przy upadku — był ubezpieczony w powszechnie znanej firmie. Nic to, bo zamiast 20 mln zł roszczeń odszkodowawczych gdańska stocznia dostała stertę pism. I ani złotówki. Tydzień po pożarze dziennikarz „Gazety Wyborczej” ściskał więc czytelników za serce opisem dramatu Sunreef Yachts. Francisa Lappa, twórcę, szefa i właściciela tego interesu, opisał jako człowieka, który w jednej chwili stracił niemal wszystko. Spolonizowany Francuz po 20 latach pobytu w Trójmieście wrócił na start.

„Francis czuje, że właśnie po policzku płynie mu łza” — tak reporter „GW” opisywał spotkanie biznesmena z wypaloną rzeczywistością. Medialne biadolenie miało być ostatnim akordem głośnego końca jedynej tak luksusowej marki w Polsce.

Siła ognia

Jedenaście miesięcy później 54-letni Francis Lapp tryska energią, jest w pełnym biegu. I jak zwykle, rytualnie wręcz, przed spotkaniem z dziennikarzami śmiga swoim superszybkim maserati do domu, by się przebrać. Jak nie ma biznesowej oficjałki, to zazwyczaj biega po halach w dżinsach i podkoszulce od świtu do zmroku. A pańskie oko mu nie łzawi na policzek. Zresztą w styczniu, po pożarze, to musiał być jakiś zabłąkany paproch z pogorzeliska. O biadoleniu nie było mowy.

— Łatwo nie jest, kiedy się nagle traci 20 mln zł. Pożar okazał się jednak... dobry. Zbudowaliśmy marketing, produkcję od nowa, w lepszym kształcie. Wzmocniliśmy mięśnie, w końcu spłonęła jedna hala, ale druga pozostała nietknięta — mówi Francis Lapp, sprawnie omijając głębokie kałuże w portowej dzielnicy Gdańska i z nieco mniejszą wprawą maskując swój francuski akcent.

Siedziba Sunreef Yachts — synonimu luksusu, firmy kuszącej wypasionymi katamaranami na targach w Cannes czy Miami — to podłożeniejednej anegdoty krążącej w branży. W deszczowe i zimne dni to — wypisz, wymaluj — scenografia do ciężkiego, smutnego kina rodem z Islandii.

Zachlapane dekoracje

Błoto, porzucony sprzęt budowlany, elementy form do kadłubów, leciwe portowe dźwigi. Wszystko poutykane między olbrzymie historyczne hale w stanie rozpadu. W takiej scenerii powstał m.in. 35-metrowy superjacht, który za 10 mln euro nabył jeden z potentatów belgijskiej budowlanki. Za każdy kilogram 100-tonowego statku krezus wyłożył ponad 100 euro. A że pobrudził sobie nieco buty, wchodząc do siermiężnego biura Sunreef? Dobra jego, przynajmniej wie, że w te 10 mln euro nie wliczono marży na lasery-bajery w gabinecie prezesa stoczni. Podobnie myślało zapewne prawie 70 innych nabywców katamaranów made in Gdańsk.

— Błoto nie jest takie złe — uśmiecha się Francis Lapp. I opowiada, jak odwiedził go ostatnio pewien Izraelczyk, który na wynajem łodzi od Sunreef wydał przez miesiąc niemal 1 mln euro i zapragnął mieć własną. Zaprosił Lappa na spotkanie w Kijowie, tam jednak ostatecznej umowy nie podpisał. Wolał się upewnić na własne oczy. Pech chciał, że trafił na dżdżystą aurę. Prezes na cito kazał karcherem wyczyścić ulicę przed biurem, posprzątać w halach, ale deszcz i tak wszystko zepsuł.

— Myślałem, że nici z umowy. Izraelczyk wysiada z samochodu i widzę, jak świecą mu się oczy. Zachwyca się, jak tu pięknie. Pyta o historię miejsca, podziwia architekturę hal. Podpis mam — cieszy się Francis Lapp.

Stare żale, nowe hale

Ale hola, hola: nie jest tak, że pożar był błogosławieństwem. W hali spłonęło sporo sprzętu i pięć łodzi, w tym jedna niemal na ukończeniu, warta ponad 1 mln euro. Klient z Chin początkowo myślał, że to żart lub fortel, gdy Lapp zadzwonił do niego, ostrzegając, że termin oddania jednostki znacznie się opóźni. Na początku przyszłego roku czerwone 20-metrowe cacko popłynie wreszcie do Azji. Wcześniej był strach, czy aby kupiec się nie rozmyśli, rozrywając na strzępy plan wyjścia ze smuty pogorzeliska. Wytrzymał.

— Wie pan, dlaczego obwołaliśmy się światowym liderem w segmencie dużych luksusowych katamaranów? Bo po prostu nie mamy już konkurencji. Wszystkie zachodnie stocznie zbankrutowały albo przerzuciły się na mniejsze rozmiary. Zostaliśmy tylko my, pracujący na trzy zmiany — tłumaczy biznesmen.

W Polsce trzymają go nie tylko żona, przyjaciele, sentyment, ale też brutalna kalkulacja: niższe koszty produkcji przy odpowiednio wysokiej jakości. W takiej konstelacji nie opłaca się przenosić stoczni do Azji. Stąd te stare wynajmowane hale i żale wylewane w internecie na Sunreef przez grupę ekspracowników spółki. Tu w hali nie zarabia się kokosów. Ale przynajmniej się zarabia, więc po pożarze zaraz pojawili się w stoczni marszałek województwa pomorskiego i prezydent miasta, zapewniając o swoim wsparciu dla firmy.

— Następne święta będziemy już spędzać na swoim. Po drugiej stronie portu szykujemy 5 hektarów ziemi pod dwie długie hale. Nowoczesne, pozwalające budować łodzie ponad 60-metrowe. No i ocieplane, bo produkcja w zimie oznacza konieczność utrzymania temperatury powyżej 16 stopni. Przy mrozie na zewnątrz na ogrzewanie starych hal wydajemy nawet po 200 tys. zł tygodniowo. Więc plan wydania 6 mln euro na własną stocznię nie wydaje mi się rozrzutnością — wyjaśnia kapitan Sunreef.

Oman mami

W tym roku ogień wypalił w Sunreefie pokaźne straty, jednak przyszły ma już przynieść około 15 mln zł zysku przy ponad 100 mln zł przychodów. Do tego dwie inne spółki Lappa dorzucą ponad 100 mln zł przychodów i milionowe zyski (HTEP zajmuje się m.in. instalacjami elektrycznymi w sklepach wielkopowierzchniowych, Bati Invest buduje sklepy m.in. dla Almy). Na dokładkę ruszyła firma zajmująca się sprzedażą bezpośrednią damskiej bielizny.

— Mama jest krawcową. Nie mogłem się wyzbyć atmosfery, którą przesiąkłem w dzieciństwie — przyznaje Francuz i co chwila musi się hamować, by nie powiedzieć za dużo o planach na przyszłe miesiące. Żeby nie zapeszyć. Wtajemniczeni wiedzą, że w nowych halach ma powstać około 60-metrowy katamaran. Do tego jeden z krezusów z Omanu upatrzył sobie Gdańsk jako miejsce, w którym zrealizuje swoje pływające marzenie — gigantyczny, wart 25 mln euro trimaran. Czy coś z tego wyjdzie? Za wcześnie mówić. Ale Francis Lapp halsowanie pod wiatr ćwiczy od kilku dekad. Im bardziej wieje w twarz, tym bardziej trójmiejski biznesmen podkręca tempo. Rozkręca oddział w Szanghaju, szykuje się na Dubaj i Południową Amerykę. Dodaje gazu.

Terminator na pustyni

Dwadzieścia lat temu pochodzący z Alzacji biznesmen o Polsce wiedział niewiele. Ale że pasjonowały go rajdy samochodowe, pewnego roku przygnało go aż nad Wisłę. Wielkiego wyniku nie wykręcił, za to zobaczył świat poza rajdami. We Francji parał się drobnym handlem, w Polsce kalkulował — jak to on — na szybko. Skoro radzi sobie na Zachodzie, poradzi i na Wschodzie, w końcu od czego jest korsarska fantazja? Otworzył firmę zajmującą się instalacjami elektrycznymi, złapał pierwsze zlecenia…

Jakoś poszło. Jednocześnie realizował sportowe pasje, startował w rajdach terenowych na dwóch i na czterech kółkach. Za sobą ma Rajd Dakar i Rajd Tunezji, ten drugi zaliczony m.in. czarnym hummerem kupionym od Arnolda Schwarzeneggera. W Dakarze pojechali ze specem od terenówek Jackym Lechleiterem przerobionym volkswagenem new beetle. Do czołówki sporo im brakowało, ale zrobili medialną zawieruchę. Przez samochód.

— Jak widać, można być eleganckim także na środku pustyni — komentował jeden z francuskich dzienników. W Rajdzie Tunezji team dwóch panów L uplasował się na świetnym 11. miejscu. Samotnie, na motocyklu KTM, Lapp zjeździł kawał Afryki. W marcu tego roku miał się ścigać w Maroku, plany zniweczył pożar, firma pochłonęła go jeszcze bardziej. Jedynie zdjęcia na ścianie w gabinecie oraz miniaturki motocykla i hummera przy biurku przypominają, że nie samym biznesem właściciel firmy żyje.

— Czasem tęsknię za pustynią — przyznaje Lapp.

Okiełznany szampan

Skąd Sunreef? Z tęsknoty za wodą. Kolega z Francji namówił go w latach 90. na kupno małego katamaranu. W sam raz na mistrzostwa Polski na Zatoce Gdańskiej, gdzie zajęli 6. miejsce. Po zawodach łódka trafiła na wynajem. Potem pojawiła się następna, większa, i kolejne. Aż w końcu zapadła decyzja: budujemy obiekt na wynajem. Statek dom na dwóch nogach, coś, co na Zachodzie zwą po prostu big cat. Katamarany z najwyższej półki to, zdaniem wielu, magnes na bogaczy w najbliższych dekadach. Żeby mieć piękny 100-metrowy salon na klasycznym jachcie, trzeba budować monstrualnie długie i drogie jednostki. A i tak buja jak diabli. Tymczasem katamaran de luxe, z założenia pojemny (kredens po teściowej i cztery lodówki na klasyczny jacht mogą nie wejść), a zarazem szybki (co dwa kadłuby, to nie jeden), oferuje przestrzenie bez zbędnej dłużyzny. A do tego dwa pływaki dają większą stabilność. W wietrzny wieczór szampan nie rozlewa się po pokładzie.

— Multimilionerzy mają przeróżne zachcianki, niektóre wydłużają produkcję nawet o kilka miesięcy. Pucowanie każdego szczegółu zajmuje czas, ale też daje świetne efekty. Potrafimy zbudować pływający dom, w którym nie zaznasz nudy, płynąc nawet przez największe akweny — zachwala właściciel Sunreef Yachts.

Teraz te komplementy potwierdzi zapewne każdy klient Sunreef. Dekadę temu nie było jednak tak różowo. Pierwsza łódź, długa na 74 stopy, ochrzczona później „Che”, powstawała 11 miesięcy. Upłynęło półtora roku, zanim „Che” odwiedził najważniejsze targi, zdobył uznanie klientów, otrzymał glejt jakości. Wpłynęło zamówienie na kolejną jednostkę, stocznia ruszyła z kopyta.

— Bywały ciężkie chwile, wpływaliśmy na rafy, muskaliśmy skały. Ale nie myślałem o zamykaniu interesu, tym bardziej o powrocie do Francji. Nawet wino piję raczej włoskie i hiszpańskie — śmieje się biznesmen.

Wałęsa z Tygrysem

Dariusz „Tiger” Michalczewski, jeden z najbliższych polskich przyjaciół Lappa, przekonuje, że to towarzyska dusza, która dobrze rozumie meandry psychiki Polaków. Żaden tam naburmuszony żabojad.

— Jest mi jak brat — nie potwierdza stereotypu Francuza.

— Nawet nie podejrzewałem, że spotkam kiedyś takiego człowieka z tamtej części Europy. Wiadomo, przeciwieństwa się przyciągają. Ja jestem głośny, krzykliwy, on mnie tonuje, uspokaja — opowiada eksbokser.

Kręgi towarzyskie Lappa sięgają i politycznych elit — pozuje do zdjęć z Donaldem Tuskiem i z premierem Francji. We wrześniu zrobił furorę w Cannes, pojawiając się na premierze nowego jachtu w towarzystwie Lecha Wałęsy. To była ta sama marina, w której niemal dekadę temu prezentował pierwszy statek wybudowany przez Sunreef.

— Ładny, podoba mi się. Gdzie to budujecie? W Gdańsku? A nie, to dziękuję — stwierdził wówczas jeden z najbogatszych Polaków, a wtórowali mu krezusi z innych stron świata. Teraz francuskie media cmokały z zachwytu, fechtując w tekstach Wałęsą, Solidarnością i ekskluzywnością rodem z Gdańska. O błocie ani słowa. Marketingowy ogień na morzu buzuje w najlepsze.

Krok po kroku.

Jednocześnie w dwóch halach Sunreef Yachts powstaje 7 łodzi. Za 2-3 miesiące 400 osób pracujących na trzy zmiany doprowadzi je do poziomu oczekiwań klientów z Europy, Azji i Ameryki Południowej. Najpilniejszym projektem jest czerwony katamaran dla chińskiego multimilionera. Miał być gotowy w marcu, jednak spłonął w styczniowym pożarze.