Lustracyjny ideał sięgnął parkietu

Adam Sofuł
02-07-2008, 00:00

Kursy Getinu, LCC i Noble Banku zanurkowały po ujawnieniu przez portal rp.pl, że ich właściciel, jeden z najbogatszych Polaków, Leszek Czarnecki, był — na początku lat 80. — współpracownikiem SB. Reakcje Czarneckiego i inwestorów z parkietu były natychmiastowe. Biznesmen bez zwłoki zwołał konferencję prasową — i tłumaczył, na czym polegały jego związki z tajnymi służbami PRL. Kursy akcji spółek Czarneckiego nie wskazywały jednak, by inwestorzy do końca mu uwierzyli, chociaż — być może — to tylko pierwsza, emocjonalna reakcja. Odbudowa zaufania, o ile jeszcze możliwa, trochę potrwa.

Reputacja Leszka Czarneckiego została mocno nadszarpnięta, chociaż nie można przesądzać, czy dla inwestorów większe znaczenie ma zawartość akt SB, czy też nieco wcześniejsza porażka LCCorp, która zdjęła z niego nimb cudownego dziecka polskich finansów. Informacje o współpracy z SB będą Czarneckiego — ale też akcjonariuszy jego spółek — sporo kosztować: nerwów i pieniędzy. Dziś ponosi konsekwencje swoich wyborów (nawet jeśli dać wiarę jego słowom: nie całkiem dobrowolnych) z lat młodości. Teraz może ciążyć na nim cień podejrzenia, że wcześniejsze biznesowe sukcesy były efektem nie tylko finansowego nosa, ale przynależności do szeroko pojętego „układu”.

Fakty z przeszłości Leszka Czarneckiego to zła wiadomość nie tylko dla niego i jego spółek. To zła wiadomość dla całego rynku kapitałowego. Dostarcza bowiem argumentów zaciekłym zwolennikom tezy o dziwnym pochodzeniu dużego polskiego kapitału. Utwierdzi prezydenta w przekonaniu, że jeżeli „ktoś ma duże pieniądze, to skądś je ma”. Dla nieudaczników zaś sprawa Czarneckiego stanie się kolejną wymówką — w stylu: w Polsce nikt uczciwą pracą się nie dorobił. A skoro tak, to nie opłaca się pracować.

Kwestia współpracy biznesmena z SB nie mogła być ujawniona w gorszym momencie. Trafiła do opinii publicznej w chwili, gdy inwestorzy z warszawskiego parkietu wahają się, czy tylko ogryzać paznokcie do kości, obserwując giełdowe indeksy, czy też poddać się panice i z wrzaskiem uciec z giełdy gdzie pieprz rośnie. Inna sprawa, że żaden moment na tego typu publikację nie byłby dobry.

Nie ma co czynić zarzutu z tego, że przeszłość biznesmena wyszła na jaw, lub roztrząsać, dlaczego stało się to właśnie w takim, a nie w innym momencie. Czarnecki zarzutom nie zaprzecza, choć przyznanie się do nich trudno przechodziło mu przez gardło. Lepiej jest wiedzieć, niż nie wiedzieć, a to czy owa wiedza powinna być wyznacznikiem decyzji inwestycyjnych, każdy inwestor powinien rozstrzygnąć w swoim sumieniu i rozsądku. Po prostu: szkoda kolejnej ikony polskiego biznesu. Bo Leszek Czarnecki już nią raczej nie będzie (przynajmniej przez dłuższy czas), nawet jeśli pozostanie ważnym graczem na rynku.

Adam Sofuł

© ℗
Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych” i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Podpis: Adam Sofuł

Polecane

Inspiracje Pulsu Biznesu

Puls Biznesu

Puls Inwestora / Lustracyjny ideał sięgnął parkietu